Minęło tak wiele dni odkąd spłynęło tu moje ostatnie słowo.
Dziś po raz kolejny odczuwam potrzebę wyrzucenia z siebie czegoś co tak bardzo zalega mi w sercu i w jakimś niezidentyfikowanym miejscu pod sercem. Coś się popsuło, coś nie wyszło. Chociaż może bardziej bliższe prawdy jest stwierdzenie, że coś po prostu runęło.
Kilka minut emocji, zbyt górnolotnych, zbyt pierwotnych, zbyt niepohamowanych.
I żal.
O kilka słów za dużo, o jeden ton za bardzo podniesiony głos.
Teraz już nie wiadomo jakich użyć słów, co wybrać z nieskończonego zbioru możliwości, w której wersji rzeczywistości odnajdziemy się, gdy sen już na dobre wyjdzie z naszych ciał.
Trzeba będzie żyć dalej, iść przed siebie...
W jaki sposób?
Nie wiem.
Nie wie tego nikt.