poniedziałek, 3 października 2016

Oby to był ostatni rok

Kolejny rok, kolejny październik, kolejna jesień naszego życia.
Te wakacje już minęły, znów musimy nauczyć się żyć bez siebie.
Karmiąc się tylko słowami usłyszanymi w telefonie i nadzieją, że już za 2 lub 3 tygodnie znów się zobaczymy.
Jaki będzie ten rok? Nie mam absolutnie pojęcia.

Tyle się wydarzyło przez ostatnie 12 miesięcy. Gdy tak sobie pomyślę gdzie byliśmy o tej porze w 2015 roku, a gdzie teraz to zauważam jak wiele zdarzeń zmieściło się w tym okresie. Twoje studia, mój płacz, nasze kłótnie i samotne wieczory, moja obrona i Twoje przyjazdy w piątkowy wieczór. Zmiany pracy, działalności, kwiecień, maj, nieustanne poszukiwania, siedzenie w domu, Twoja wizyta u mnie na Boże Narodzenie, jak zwykle Nowy Rok w kolorze czerni i czerwieni, nivolumab, kolejne prace domowe z angielskiego, moje urodziny, które były dość smutne dla nas, praca w kolorze błękitu i demotywacja, że przecież ja tam nic nie robię... Najpierw hotel obok galerii, mój nowy asus, ale potem chwila zwątpienia, łzy na peronie, spóźniające się pendolino... apartament na Starówce i Twoja choroba, zimny pokój, ale przynajmniej duża kołdra i gorące serca, wspominanie do 2 w nocy, moja szaleńcza podróż pewnej soboty do Ciebie, szybka kawa i strach żeby dojechać do domu bez dolewania oleju do silnika. Potem przyjazdy do już w końcu Twojego pokoju, ciche próby połączenia naszych ciał, skrzypiąca podłoga i mokra podłoga w łazience. Popołudnia przeleżane na kocyku i pragnienie, by to się nigdy nie skończyło. Następnie czerwiec i równie szaleńcza do poprzednia podróż w środku tygodnia, bo chciałaś się tylko przytulić. A moim obowiązkiem było Ci to przytulenie zapewnić. Nie zamieniłbym tego na nic innego, mimo, że zdążyłem na pociąg raptem na kilkanaście sekund przed odjazdem.

A potem zaczął się lipiec. Wróciłaś do nas, do domu, do mnie... W końcu wakacje, w końcu trochę słońca, trochę wolności i częstszych spotkań. Jeszcze tylko kilka nieporozumień co do koloru, chciałem błękit, a Ty tak celowałaś w klasykę. W końcu wśród znalazła się Hania. Pamiętam jak wszyscy traktowali nas "na serio", jak trzymałem w ręku wino, a Ty tylko siedziałaś i aż promieniałaś, bo i ja byłem wtedy taki szczęśliwy. Nocna podróż po ulicach Warszawy żeby "dotrzeć" silnik, objazdy obwodnicami i zgubione myśli gdzieś w krętych uliczkach Mokotowa. Liczyło się tylko to, że jesteśmy razem, że ta chwila może być dzielona z Tobą.
Wyjazdy z Tobą i rodzicami, najpierw do Gdańska w trochę innej roli niż zazwyczaj, potem nasza podróż na karuzelę, I jeszcze raz na koniec wakacji z mniejszą wersją Ciebie.

Pierwsze tygodnie w nowej pracy i Twoje praktyki. Mój wielki strach, ale trochę rozrzedzony, bo byłaś dosyć blisko. Tysiąc wypitych razem kaw pomagało nam obojgu w przetrwaniu tych trudnych fizycznie momentów. Dawno nie byliśmy tak blisko siebie. Twoja obecność pomagała mi się wdrożyć w nową rzeczywistość,a ja chciałem Ci jakoś pomóc w tym wszystkim, ale naprawdę nie wiedziałem jak...

W końcu wielka wyprawa na Śląsk. Najpierw jeden dzień wielkich męczarni, ale przyznasz, że było przyjemnie. Szybki sen, wyprawa do naszych Sąsiadów i kolejny dzień zabaw. Potem powrót A4/A1 zwiedzając większe miasta na naszej drodze. Postój na stacji benzynowej i Twoje modelkowanie było takie słodkie... Potem wizyta "na udany wieczór" i Twój pobyt w szpitalu. A na sam koniec to co drugi dzień przyjeżdżałaś do mnie do kina, na obiad, na kawę... Byłaś tuż obok, a ja czułem się spokojnie móc odwieźć Cię wieczorem do domu niż pozwolić żebyś tłukła się pociągiem.

Ostatecznie ten finałowy weekend. W zasadzie dwa dni, ale zawsze. Długa podróż, rozpakowywanie się, wypad do sąsiedniego miasta, grube zakupy i rozmowy w łóżku do późna o zapachu truskawek.

I ten dzisiejszy dzień, kraniec naszych wakacji. Gdy wybuchliśmy jeszcze jeden, być może ostatni na długi czas raz. Gdy łzy płynęły po naszych policzkach i gardło ściskała wielkie imadło. Gdy usta szeptały kolejne zapewnienia o miłości i urzeczywistniały strach, że teraz nic już nie będzie takie samo.

Było nam tak dobrze przez te kilka tygodni. Czemu musieliśmy to porzucić.
Ale
Może to już ostatni rok takich pożegnań...

*to nie jest wpis w konwencji tego bloga; po prostu musiałem zapisać gdzieś swoje wspomnienia