Kolejny rok, kolejny październik, kolejna jesień naszego życia.
Te wakacje już minęły, znów musimy nauczyć się żyć bez siebie.
Karmiąc się tylko słowami usłyszanymi w telefonie i nadzieją, że już za 2 lub 3 tygodnie znów się zobaczymy.
Jaki będzie ten rok? Nie mam absolutnie pojęcia.
Tyle się wydarzyło przez ostatnie 12 miesięcy. Gdy tak sobie pomyślę gdzie byliśmy o tej porze w 2015 roku, a gdzie teraz to zauważam jak wiele zdarzeń zmieściło się w tym okresie. Twoje studia, mój płacz, nasze kłótnie i samotne wieczory, moja obrona i Twoje przyjazdy w piątkowy wieczór. Zmiany pracy, działalności, kwiecień, maj, nieustanne poszukiwania, siedzenie w domu, Twoja wizyta u mnie na Boże Narodzenie, jak zwykle Nowy Rok w kolorze czerni i czerwieni, nivolumab, kolejne prace domowe z angielskiego, moje urodziny, które były dość smutne dla nas, praca w kolorze błękitu i demotywacja, że przecież ja tam nic nie robię... Najpierw hotel obok galerii, mój nowy asus, ale potem chwila zwątpienia, łzy na peronie, spóźniające się pendolino... apartament na Starówce i Twoja choroba, zimny pokój, ale przynajmniej duża kołdra i gorące serca, wspominanie do 2 w nocy, moja szaleńcza podróż pewnej soboty do Ciebie, szybka kawa i strach żeby dojechać do domu bez dolewania oleju do silnika. Potem przyjazdy do już w końcu Twojego pokoju, ciche próby połączenia naszych ciał, skrzypiąca podłoga i mokra podłoga w łazience. Popołudnia przeleżane na kocyku i pragnienie, by to się nigdy nie skończyło. Następnie czerwiec i równie szaleńcza do poprzednia podróż w środku tygodnia, bo chciałaś się tylko przytulić. A moim obowiązkiem było Ci to przytulenie zapewnić. Nie zamieniłbym tego na nic innego, mimo, że zdążyłem na pociąg raptem na kilkanaście sekund przed odjazdem.
A potem zaczął się lipiec. Wróciłaś do nas, do domu, do mnie... W końcu wakacje, w końcu trochę słońca, trochę wolności i częstszych spotkań. Jeszcze tylko kilka nieporozumień co do koloru, chciałem błękit, a Ty tak celowałaś w klasykę. W końcu wśród znalazła się Hania. Pamiętam jak wszyscy traktowali nas "na serio", jak trzymałem w ręku wino, a Ty tylko siedziałaś i aż promieniałaś, bo i ja byłem wtedy taki szczęśliwy. Nocna podróż po ulicach Warszawy żeby "dotrzeć" silnik, objazdy obwodnicami i zgubione myśli gdzieś w krętych uliczkach Mokotowa. Liczyło się tylko to, że jesteśmy razem, że ta chwila może być dzielona z Tobą.
Wyjazdy z Tobą i rodzicami, najpierw do Gdańska w trochę innej roli niż zazwyczaj, potem nasza podróż na karuzelę, I jeszcze raz na koniec wakacji z mniejszą wersją Ciebie.
Pierwsze tygodnie w nowej pracy i Twoje praktyki. Mój wielki strach, ale trochę rozrzedzony, bo byłaś dosyć blisko. Tysiąc wypitych razem kaw pomagało nam obojgu w przetrwaniu tych trudnych fizycznie momentów. Dawno nie byliśmy tak blisko siebie. Twoja obecność pomagała mi się wdrożyć w nową rzeczywistość,a ja chciałem Ci jakoś pomóc w tym wszystkim, ale naprawdę nie wiedziałem jak...
W końcu wielka wyprawa na Śląsk. Najpierw jeden dzień wielkich męczarni, ale przyznasz, że było przyjemnie. Szybki sen, wyprawa do naszych Sąsiadów i kolejny dzień zabaw. Potem powrót A4/A1 zwiedzając większe miasta na naszej drodze. Postój na stacji benzynowej i Twoje modelkowanie było takie słodkie... Potem wizyta "na udany wieczór" i Twój pobyt w szpitalu. A na sam koniec to co drugi dzień przyjeżdżałaś do mnie do kina, na obiad, na kawę... Byłaś tuż obok, a ja czułem się spokojnie móc odwieźć Cię wieczorem do domu niż pozwolić żebyś tłukła się pociągiem.
Ostatecznie ten finałowy weekend. W zasadzie dwa dni, ale zawsze. Długa podróż, rozpakowywanie się, wypad do sąsiedniego miasta, grube zakupy i rozmowy w łóżku do późna o zapachu truskawek.
I ten dzisiejszy dzień, kraniec naszych wakacji. Gdy wybuchliśmy jeszcze jeden, być może ostatni na długi czas raz. Gdy łzy płynęły po naszych policzkach i gardło ściskała wielkie imadło. Gdy usta szeptały kolejne zapewnienia o miłości i urzeczywistniały strach, że teraz nic już nie będzie takie samo.
Było nam tak dobrze przez te kilka tygodni. Czemu musieliśmy to porzucić.
Ale
Może to już ostatni rok takich pożegnań...
*to nie jest wpis w konwencji tego bloga; po prostu musiałem zapisać gdzieś swoje wspomnienia