Trochę czasu minęło odkąd ostatni raz wylałem swoją myśl tutaj.
To pewnie dlatego, że niewiele mogłem tutaj napisać. Wszystko wydawało się dość stabilne, jednorodne i w miarę przewidywalne. Nieoczekiwane zaskoczenia były raczej tylko miłym dodatkiem do naszego poukładanego życia. Według mnie, odnaleźliśmy swoje codzienne role i obydwoje po prostu staramy się je jak najlepiej odegrać.
Jednak przez ostatnie kilka dni nie potrafię dobrze spać, nie umiem czerpać radości czy chociażby zwykłej neutralności z tych codziennych zmagań z samym sobą oraz z całym światem. I może rzeczywiście nie jest to nic nadzwyczajnego to mimo wszystko ten nieznośny niepokój nie opuszcza moich trzewi. Pewnie byś powiedziała, że kolejny raz marudzę, analizuję, wspominam i nie wiadomo co jeszcze... A co jeśli jednak to tym razem ja mam rację?
Minęły trzy dni, w czasie których przeżyłem olbrzymią dawkę muzyki. W zasadzie już od wakacji planowałem ten weekend. Że co to się wtedy nie zrobi, ile alkoholu się nie wypije, ile kilometrów na spacerze przejdzie się w dowolną pogodę. A tutaj, poza paroma chwilami totalnego zapomnienia, nie potrafię przebić się przez warstwę nostalgii i... smutku.
W końcu mam okazję żebyśmy mogli mieszkać razem, a przynajmniej na terenie tej samej jednostki terytorialnej. A mi coś jednak nie wychodzi ta zmiana. I szkoła i praca i mieszkanie i całe moje życie. Chcę jakiejś zmiany, chcę wywrócić swoje poukładane życie całkowicie do góry nogami żeby znów mieć co układać. Nawet jeśli będą to tylko (aż!) książki na regale. Ta jednostajność, która wcześniej pozwoliła mi trochę wyprostować swoje ścieżki, teraz dusi mnie i powoli dusi też radość życia. Nie wierzę już w nic, bo chyba nie potrafię. Ale jednak ciągle jest o czym marzyć. O jakimś mitycznym lepszym życiu, jak nie tu to na L4.
Punkt krytyczny został przekroczony. Muszę niezwłocznie zmienić coś w życiu. Przypomina mi o tym każda moja nowopowstała myśl, a także każda piosenka puszczona losowo w radio. Mamy już grudzień, a ja nadal nie mam żadnego pewnika, który mógłby stać się nowym punktem odniesienia. Może jutro coś się zmieni, może pojutrze, może za tydzień, za dwa, ups... to już będzie nowy rok.
Nawet teraz, choć jest już dość późno jak na mój obecny styl to nie czuję w ogóle zmęczenia żeby po prostu położyć się i zasnąć. Przynajmniej takiego fizycznego. I o ile oczywiście nogi trochę bolą od tych kilkudziesięciu kilometrów to da się to przeżyć. Jednak zmęczenie psychiczne nie pozwala uwolnić mojego mózgu z okowów notorycznego myślenia.
Chciałbym w końcu coś zrobić od początku do końca dobrze. Bez żadnych usprawiedliwień i półśrodków. Już posuwam się do zbyt wczesnych obietnic, już gubię się w swoich własnych snach, coraz częściej jakaś nieznośna myśl wgryza mi się na cały dzień i zatruwa mi humor od rana do samej nocy.
Nie chcę żeby zabrzmiało to tak jakbym się żalił czy usprawiedliwiał swoje dotychczasowe czyny.
Mam ograniczoną kontrolę nad przyszłością, bo nie do mnie należy ostatnie słowo.
A najgorsze chyba w tym wszystkim jest to, że nie możesz mi w tym kompletnie pomóc. Nie możesz zmienić ani jednej linii czasoprzestrzeni. Tylko przyglądasz się tej całej sytuacji znad słuchawki telefonu.
I choć sam dziś krzyczałem, że "niczego nie będzie żal" to będzie mi bardzo żal tylko jednego - tej niewykorzystanej, idealnej na przełom okazji.
A okazje, jak to one, niewykorzystane lubią się mścić.