piątek, 2 grudnia 2016

30 raz

Śnieg. Pada, bo w sumie już w końcu grudzień. Trochę bieli przyda się każdemu.
Szedłem dzisiaj ulicami i ten biały puch wchodził mi we włosy, uszy, oczy i nos.
A ja czułem się tak szczęśliwy. Choć na chwilę odnalazłem dawnego siebie, który
potrafi cieszyć się z tego, że trochę bieli pojawiło się na świecie.

Jesteś tak daleko. Nie ma Ciebie obok mnie, gdy wokół dzieje się tyle rzeczy.
Gdy rzeczywistość szumi w głowie nie mogę jej z Tobą podzielić.

Nie wiem co mam robić.
Nie powiem Ci tego, co już kilka razy zdarzyło mi się w myślach wypowiedzieć.

Chyba czas na sen. Śnieg powinien zasypać nas wszystkich, nasze winy i grzechy.
Wszystkie złe myśli i nieporadne uwagi, które sami sobie stawiamy.

Tylko co będzie dalej? Znowu zobaczymy się za jakiś czas. I co wtedy?
Wszystko będzie dobrze? Na jak długo? Na tydzień, dwa?

Co dalej? Co zrobimy z tym wszystkim?

Co zrobimy, gdy w końcu ten śnieg stopnieje...?

poniedziałek, 3 października 2016

Oby to był ostatni rok

Kolejny rok, kolejny październik, kolejna jesień naszego życia.
Te wakacje już minęły, znów musimy nauczyć się żyć bez siebie.
Karmiąc się tylko słowami usłyszanymi w telefonie i nadzieją, że już za 2 lub 3 tygodnie znów się zobaczymy.
Jaki będzie ten rok? Nie mam absolutnie pojęcia.

Tyle się wydarzyło przez ostatnie 12 miesięcy. Gdy tak sobie pomyślę gdzie byliśmy o tej porze w 2015 roku, a gdzie teraz to zauważam jak wiele zdarzeń zmieściło się w tym okresie. Twoje studia, mój płacz, nasze kłótnie i samotne wieczory, moja obrona i Twoje przyjazdy w piątkowy wieczór. Zmiany pracy, działalności, kwiecień, maj, nieustanne poszukiwania, siedzenie w domu, Twoja wizyta u mnie na Boże Narodzenie, jak zwykle Nowy Rok w kolorze czerni i czerwieni, nivolumab, kolejne prace domowe z angielskiego, moje urodziny, które były dość smutne dla nas, praca w kolorze błękitu i demotywacja, że przecież ja tam nic nie robię... Najpierw hotel obok galerii, mój nowy asus, ale potem chwila zwątpienia, łzy na peronie, spóźniające się pendolino... apartament na Starówce i Twoja choroba, zimny pokój, ale przynajmniej duża kołdra i gorące serca, wspominanie do 2 w nocy, moja szaleńcza podróż pewnej soboty do Ciebie, szybka kawa i strach żeby dojechać do domu bez dolewania oleju do silnika. Potem przyjazdy do już w końcu Twojego pokoju, ciche próby połączenia naszych ciał, skrzypiąca podłoga i mokra podłoga w łazience. Popołudnia przeleżane na kocyku i pragnienie, by to się nigdy nie skończyło. Następnie czerwiec i równie szaleńcza do poprzednia podróż w środku tygodnia, bo chciałaś się tylko przytulić. A moim obowiązkiem było Ci to przytulenie zapewnić. Nie zamieniłbym tego na nic innego, mimo, że zdążyłem na pociąg raptem na kilkanaście sekund przed odjazdem.

A potem zaczął się lipiec. Wróciłaś do nas, do domu, do mnie... W końcu wakacje, w końcu trochę słońca, trochę wolności i częstszych spotkań. Jeszcze tylko kilka nieporozumień co do koloru, chciałem błękit, a Ty tak celowałaś w klasykę. W końcu wśród znalazła się Hania. Pamiętam jak wszyscy traktowali nas "na serio", jak trzymałem w ręku wino, a Ty tylko siedziałaś i aż promieniałaś, bo i ja byłem wtedy taki szczęśliwy. Nocna podróż po ulicach Warszawy żeby "dotrzeć" silnik, objazdy obwodnicami i zgubione myśli gdzieś w krętych uliczkach Mokotowa. Liczyło się tylko to, że jesteśmy razem, że ta chwila może być dzielona z Tobą.
Wyjazdy z Tobą i rodzicami, najpierw do Gdańska w trochę innej roli niż zazwyczaj, potem nasza podróż na karuzelę, I jeszcze raz na koniec wakacji z mniejszą wersją Ciebie.

Pierwsze tygodnie w nowej pracy i Twoje praktyki. Mój wielki strach, ale trochę rozrzedzony, bo byłaś dosyć blisko. Tysiąc wypitych razem kaw pomagało nam obojgu w przetrwaniu tych trudnych fizycznie momentów. Dawno nie byliśmy tak blisko siebie. Twoja obecność pomagała mi się wdrożyć w nową rzeczywistość,a ja chciałem Ci jakoś pomóc w tym wszystkim, ale naprawdę nie wiedziałem jak...

W końcu wielka wyprawa na Śląsk. Najpierw jeden dzień wielkich męczarni, ale przyznasz, że było przyjemnie. Szybki sen, wyprawa do naszych Sąsiadów i kolejny dzień zabaw. Potem powrót A4/A1 zwiedzając większe miasta na naszej drodze. Postój na stacji benzynowej i Twoje modelkowanie było takie słodkie... Potem wizyta "na udany wieczór" i Twój pobyt w szpitalu. A na sam koniec to co drugi dzień przyjeżdżałaś do mnie do kina, na obiad, na kawę... Byłaś tuż obok, a ja czułem się spokojnie móc odwieźć Cię wieczorem do domu niż pozwolić żebyś tłukła się pociągiem.

Ostatecznie ten finałowy weekend. W zasadzie dwa dni, ale zawsze. Długa podróż, rozpakowywanie się, wypad do sąsiedniego miasta, grube zakupy i rozmowy w łóżku do późna o zapachu truskawek.

I ten dzisiejszy dzień, kraniec naszych wakacji. Gdy wybuchliśmy jeszcze jeden, być może ostatni na długi czas raz. Gdy łzy płynęły po naszych policzkach i gardło ściskała wielkie imadło. Gdy usta szeptały kolejne zapewnienia o miłości i urzeczywistniały strach, że teraz nic już nie będzie takie samo.

Było nam tak dobrze przez te kilka tygodni. Czemu musieliśmy to porzucić.
Ale
Może to już ostatni rok takich pożegnań...

*to nie jest wpis w konwencji tego bloga; po prostu musiałem zapisać gdzieś swoje wspomnienia

niedziela, 31 stycznia 2016

Zobaczymy

Zima.
Trochę długa, choć może mało śnieżna, ale za to chłodna niczym lód, który pojawił się niespodziewanie
w wiślanej zatoczce.
Minęły już święta i nowy rok i wszystko jakoś jest inaczej. Cieplej.
Omiatamy się cieplejszymi spojrzeniami i takimi bardziej ludzkimi słowami żegnamy się na dobranoc i witamy na dzień dobry.
Nie wiem w sumie skąd ta zmiana, może sami w końcu do tego dojrzeliśmy?

Tak mało mamy czasu dla siebie. O wiele mniej niż byśmy oboje tego chcieli.
Po prostu zaszyć się gdzieś gdzie nic nie będzie nas gonić, a cały świat będzie się mieścić między dwoma poduszkami.
Tak dobrze mi było z Tobą, gdy po gwiezdnym filmie zaczęliśmy rozmawiać u mnie w mieszkaniu.
Rozmowa przerodziła się w dyskusję, opowieści, snuliśmy plany i werbalizowaliśmy marzenia.
Wszystko przy przygaszonym świetle lampek choinkowych, których nie mogę zdjąć od kilku tygodni...

Słowa i ich znaczenia zrzuciliśmy na drugi plan. Liczy się tylko to co jest, ewentualnie to co może być jutro lub najdalej za tydzień.
Gdy siedziałem u Ciebie w pokoju, a Ty uczyłaś się czułem, że nic mi już nie jest potrzebne.
To wystarczy. Twoja obecność obok i ciepły wieczór spędzony ze świadomością, że nie dzieli nas jak zwykle czas i przestrzeń, ale raptem tylko
kilkanaście centymetrów między łóżkiem a biurkiem.

Niedawno znowu powróciłaś do siebie. Pomagałem Ci się rozpakować, patrzyłem jak Twoje ręce rozkładają lub składają ubrania.
Jak patrzysz krytycznym spojrzeniem na półki, na których gości zbyt wiele kurzu, niesprzątniętego pod Twoją nieobecność.
Ze mną jest tak samo. Gdy Ciebie nie ma, moja dusza, mój umysł kurzy się pod nawałem codzienności i tych wszystkich obowiązków,
które muszę wykonywać sam od poniedziałku do piątku. Dopiero Twoja dłoń może znów wydobyć coś z tego bałaganu i przywrócić równowagę
w mojej głowie.

Tak wiele rzeczy miało być inaczej. Lepiej? Cóż... różnie nam się sprawy układają.
Nie narzekam, staram się to zrozumieć tak jak i Ty rozumiesz wiele moich działań. Jak czasem nawet nic nie mówisz na to co robię...
Chciałbym żebyśmy w końcu mogli żyć obok siebie. Odkąd tylko jesteśmy razem zawsze mamy między sobą jakaś odległość.
Wiem, że jeszcze nie czas na wspólne rozpoczynanie każdego dnia i każdej nocy - potrzebujemy jeszcze trochę czasu.
Jednak słysząc Twój głos w słuchawce niejednokrotnie aż rwę się, by rzucić wszystko i wsiąść w najbliższy pociąg do Ciebie.

Co dalej z nami?
Mówisz "zobaczymy", chociaż wiesz, że nie lubię tego słowa.
Tak często mnie ono rozczarowywało.

Chciałbym zmienić zbyt dużo w zbyt krótkim czasie.
A Ty nie lubisz tak gwałtownych zmian.
Zatem jedyne co nam pozostało, to chyba znów po prostu czekać...