poniedziałek, 4 grudnia 2017

Nieistotny dysonans

Trochę czasu minęło odkąd ostatni raz wylałem swoją myśl tutaj.
To pewnie dlatego, że niewiele mogłem tutaj napisać. Wszystko wydawało się dość stabilne, jednorodne i w miarę przewidywalne. Nieoczekiwane zaskoczenia były raczej tylko miłym dodatkiem do naszego poukładanego życia. Według mnie, odnaleźliśmy swoje codzienne role i obydwoje po prostu staramy się je jak najlepiej odegrać.

Jednak przez ostatnie kilka dni nie potrafię dobrze spać, nie umiem czerpać radości czy chociażby zwykłej neutralności z tych codziennych zmagań z samym sobą oraz z całym światem. I może rzeczywiście nie jest to nic nadzwyczajnego to mimo wszystko ten nieznośny niepokój nie opuszcza moich trzewi. Pewnie byś powiedziała, że kolejny raz marudzę, analizuję, wspominam i nie wiadomo co jeszcze... A co jeśli jednak to tym razem ja mam rację?

Minęły trzy dni, w czasie których przeżyłem olbrzymią dawkę muzyki. W zasadzie już od wakacji planowałem ten weekend. Że co to się wtedy nie zrobi, ile alkoholu się nie wypije, ile kilometrów na spacerze przejdzie się w dowolną pogodę. A tutaj, poza paroma chwilami totalnego zapomnienia, nie potrafię przebić się przez warstwę nostalgii i... smutku.

W końcu mam okazję żebyśmy mogli mieszkać razem, a przynajmniej na terenie tej samej jednostki terytorialnej. A mi coś jednak nie wychodzi ta zmiana. I szkoła i praca i mieszkanie i całe moje życie. Chcę jakiejś zmiany, chcę wywrócić swoje poukładane życie całkowicie do góry nogami żeby znów mieć co układać. Nawet jeśli będą to tylko (aż!) książki na regale. Ta jednostajność, która wcześniej pozwoliła mi trochę wyprostować swoje ścieżki, teraz dusi mnie i powoli dusi też radość życia. Nie wierzę już w nic, bo chyba nie potrafię. Ale jednak ciągle jest o czym marzyć. O jakimś mitycznym lepszym życiu, jak nie tu to na L4.

Punkt krytyczny został przekroczony. Muszę niezwłocznie zmienić coś w życiu. Przypomina mi o tym każda moja nowopowstała myśl, a także każda piosenka puszczona losowo w radio. Mamy już grudzień, a ja nadal nie mam żadnego pewnika, który mógłby stać się nowym punktem odniesienia. Może jutro coś się zmieni, może pojutrze, może za tydzień, za dwa, ups... to już będzie nowy rok.
Nawet teraz, choć jest już dość późno jak na mój obecny styl to nie czuję w ogóle zmęczenia żeby po prostu położyć się i zasnąć. Przynajmniej takiego fizycznego. I o ile oczywiście nogi trochę bolą od tych kilkudziesięciu kilometrów to da się to przeżyć. Jednak zmęczenie psychiczne nie pozwala uwolnić mojego mózgu z okowów notorycznego myślenia.

Chciałbym w końcu coś zrobić od początku do końca dobrze. Bez żadnych usprawiedliwień i półśrodków. Już posuwam się do zbyt wczesnych obietnic, już gubię się w swoich własnych snach, coraz częściej jakaś nieznośna myśl wgryza mi się na cały dzień i zatruwa mi humor od rana do samej nocy.

Nie chcę żeby zabrzmiało to tak jakbym się żalił czy usprawiedliwiał swoje dotychczasowe czyny.
Mam ograniczoną kontrolę nad przyszłością, bo nie do mnie należy ostatnie słowo.
A najgorsze chyba w tym wszystkim jest to, że nie możesz mi w tym kompletnie pomóc. Nie możesz zmienić ani jednej linii czasoprzestrzeni. Tylko przyglądasz się tej całej sytuacji znad słuchawki telefonu.

I choć sam dziś krzyczałem, że "niczego nie będzie żal" to będzie mi bardzo żal tylko jednego - tej niewykorzystanej, idealnej na przełom okazji.

A okazje, jak to one, niewykorzystane lubią się mścić.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Znalezione Dawno Temu w PB

Gdzieś tam w podróży
zbierając myśli między jedną a drugą mijaną miejscowością
zastanawiam się jakby potoczyło się moje życie,
gdyby nasze decyzje były inne,
gdybyśmy innymi drogami codziennie się mijali
używają innych słów i innych rodzajów spojrzeń
to jakim człowiekiem bym dziś był.

Czy tak samo siedział teraz w autobusie?
Może w innym, może do innego miasta. A może siedziałbym sam w domu.
Czy w pracy zajmowałbym się tymi samym rzeczami?
Może używając innego języka, a może robiąc coś zupełnie innego?
Pomagał ludziom?
Była kiedyś taka możliwość. Jakoś przeminęła, jakoś już mi wyparowała z głowy
Już mi nie szkoda.

Czy inna muzyka grałaby w moich słuchawkach?
A piosenki inaczej się kojarzyły? To na pewno, nie ma co do tego wątpliwości.

Co jeszcze byłoby inne? Wygląd mojej listy kontaktów.
Może kto inny figurowałby jako najczęściej wybierany numer.
A może nikogo takiego by nie było w ogóle...

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Cola Zero

Mój strach. Twój dotyk. Mój ból. Twój smutek.
Ale tylko w tym ostatnim dniu naszej świątecznej przygody.
Bo z dnia na dzień już od połowy grudnia wszystko toczyło się
w odpowiednim dla siebie rytmie.

Cały okres bożonarodzeniowy był bardzo udany. Tak przynajmniej sądzę. Tydzień przed świętami wziąłem wolne. Musiałem odpocząć, uciec od dnia codziennego. Nawet jeśli oznaczało to trochę dłuższe spanie i spacer wieczorem po Placu Zamkowym to było mi dobrze. Spokojnie, niespiesznie. Miałem dużo czasu na przemyślenie wszystkiego, na przygotowanie się na Twój powrót. Który w końcu nastąpił. Co ja bym dał żeby znów przeżyć tak beztroskie kilka dni...

Same święta też były niezłe. Spędziliśmy je w zasadzie wspólnie najpierw u mnie na obiedzie później na szarym opłatku i jeszcze jeden wieczór u Ciebie. Było tak ciepło, tak blisko. My byliśmy tak blisko, ale nie pod kątem fizyczności tylko myśli i ducha. Rozmowy kleiły nam się wyjątkowo podczas tych dni, trzeba przyznać. Potem jeszcze jeden wypad na Łotra i na przymierzanie nowych strojów.
Ale.
To były tylko 3 dni "rozłąki". Zaraz przecież ostatnia noc w roku i początek A.D. 2017. Znowu trochę kłótni, znowu trochę za dużo wtrącania się w nieswoje sprawy, ale ostatecznie wyszło dobrze. Co za fart! Odprowadziłem Cię w połowie przyjęcia do mojego domu, bo źle się czułaś. Zrobiłem herbaty i przykryłem kocem. I chyba Ci wtedy minęła już na mnie złość. Ja wróciłem za jakiś czas, a z rana graliśmy sobie w Gwiezdne Wojny. Szkoda, że takie poranki zdarzają się tylko kilka razy w roku...

Znowu potem kilka dni w pracy i znowu wolne, ale nasycone już inną atmosferą. Oczekiwania na wyjazd, na rozstanie, które już nie będzie trwało 72 godzin. Ponownie staraliśmy się być blisko siebie, choć trochę nauka pokrzyżowała nam plany.

I dziś, choć dzieli nas już kilkaset kilometrów, jak za każdym razem przedtem położymy się spać mówiąc sobie "dobranoc" w słuchawce. Jutro poniedziałek, kolejny tydzień życia... tyle przygód czai się tuż za rogiem.

Dobrze wiem, że już nie piszę wierszy, mało we mnie poezji i liryki. Skupiam się bardziej na zapamiętaniu wydarzeń i uczuć. Trochę mało we mnie romantyzmu, a więcej pragmatyzmu i czasem po prostu zwykłego wyrachowania.

Spaliłem swoje dawne uczucia w ogniu wściekłości i zaskoczenia. Cały mój poprzedni świat zamknąłem na płycie CD z podpisem "Ciemna Strona Księżyca". Choć może się to wydawać nieco infantylne, to muszę z czystym sumieniem powiedzieć, że pomogło. Pozbyłem się dawnych demonów. Nie rozmyślam co noc o tym co było kiedyś. Dojrzałem do momentu, aby powiedzieć "dość!" i skupić się na tym co jest naprawdę ważne i co mnie otacza w tej chwili: rodzina, Ty, praca, przyjaciele, własny kąt i ćwiczenia charakteru...

Obym nie stracił nic ze swojego obecnego świata.
Nie zrobiłem backupu teraźniejszości. Ewentualna awaria byłaby bardzo bolesna.

Choć mimo wszystko mam świadomość, że przed nami nieco jaśniejsze dni niż chociażby rok temu o tej porze.

piątek, 2 grudnia 2016

30 raz

Śnieg. Pada, bo w sumie już w końcu grudzień. Trochę bieli przyda się każdemu.
Szedłem dzisiaj ulicami i ten biały puch wchodził mi we włosy, uszy, oczy i nos.
A ja czułem się tak szczęśliwy. Choć na chwilę odnalazłem dawnego siebie, który
potrafi cieszyć się z tego, że trochę bieli pojawiło się na świecie.

Jesteś tak daleko. Nie ma Ciebie obok mnie, gdy wokół dzieje się tyle rzeczy.
Gdy rzeczywistość szumi w głowie nie mogę jej z Tobą podzielić.

Nie wiem co mam robić.
Nie powiem Ci tego, co już kilka razy zdarzyło mi się w myślach wypowiedzieć.

Chyba czas na sen. Śnieg powinien zasypać nas wszystkich, nasze winy i grzechy.
Wszystkie złe myśli i nieporadne uwagi, które sami sobie stawiamy.

Tylko co będzie dalej? Znowu zobaczymy się za jakiś czas. I co wtedy?
Wszystko będzie dobrze? Na jak długo? Na tydzień, dwa?

Co dalej? Co zrobimy z tym wszystkim?

Co zrobimy, gdy w końcu ten śnieg stopnieje...?

poniedziałek, 3 października 2016

Oby to był ostatni rok

Kolejny rok, kolejny październik, kolejna jesień naszego życia.
Te wakacje już minęły, znów musimy nauczyć się żyć bez siebie.
Karmiąc się tylko słowami usłyszanymi w telefonie i nadzieją, że już za 2 lub 3 tygodnie znów się zobaczymy.
Jaki będzie ten rok? Nie mam absolutnie pojęcia.

Tyle się wydarzyło przez ostatnie 12 miesięcy. Gdy tak sobie pomyślę gdzie byliśmy o tej porze w 2015 roku, a gdzie teraz to zauważam jak wiele zdarzeń zmieściło się w tym okresie. Twoje studia, mój płacz, nasze kłótnie i samotne wieczory, moja obrona i Twoje przyjazdy w piątkowy wieczór. Zmiany pracy, działalności, kwiecień, maj, nieustanne poszukiwania, siedzenie w domu, Twoja wizyta u mnie na Boże Narodzenie, jak zwykle Nowy Rok w kolorze czerni i czerwieni, nivolumab, kolejne prace domowe z angielskiego, moje urodziny, które były dość smutne dla nas, praca w kolorze błękitu i demotywacja, że przecież ja tam nic nie robię... Najpierw hotel obok galerii, mój nowy asus, ale potem chwila zwątpienia, łzy na peronie, spóźniające się pendolino... apartament na Starówce i Twoja choroba, zimny pokój, ale przynajmniej duża kołdra i gorące serca, wspominanie do 2 w nocy, moja szaleńcza podróż pewnej soboty do Ciebie, szybka kawa i strach żeby dojechać do domu bez dolewania oleju do silnika. Potem przyjazdy do już w końcu Twojego pokoju, ciche próby połączenia naszych ciał, skrzypiąca podłoga i mokra podłoga w łazience. Popołudnia przeleżane na kocyku i pragnienie, by to się nigdy nie skończyło. Następnie czerwiec i równie szaleńcza do poprzednia podróż w środku tygodnia, bo chciałaś się tylko przytulić. A moim obowiązkiem było Ci to przytulenie zapewnić. Nie zamieniłbym tego na nic innego, mimo, że zdążyłem na pociąg raptem na kilkanaście sekund przed odjazdem.

A potem zaczął się lipiec. Wróciłaś do nas, do domu, do mnie... W końcu wakacje, w końcu trochę słońca, trochę wolności i częstszych spotkań. Jeszcze tylko kilka nieporozumień co do koloru, chciałem błękit, a Ty tak celowałaś w klasykę. W końcu wśród znalazła się Hania. Pamiętam jak wszyscy traktowali nas "na serio", jak trzymałem w ręku wino, a Ty tylko siedziałaś i aż promieniałaś, bo i ja byłem wtedy taki szczęśliwy. Nocna podróż po ulicach Warszawy żeby "dotrzeć" silnik, objazdy obwodnicami i zgubione myśli gdzieś w krętych uliczkach Mokotowa. Liczyło się tylko to, że jesteśmy razem, że ta chwila może być dzielona z Tobą.
Wyjazdy z Tobą i rodzicami, najpierw do Gdańska w trochę innej roli niż zazwyczaj, potem nasza podróż na karuzelę, I jeszcze raz na koniec wakacji z mniejszą wersją Ciebie.

Pierwsze tygodnie w nowej pracy i Twoje praktyki. Mój wielki strach, ale trochę rozrzedzony, bo byłaś dosyć blisko. Tysiąc wypitych razem kaw pomagało nam obojgu w przetrwaniu tych trudnych fizycznie momentów. Dawno nie byliśmy tak blisko siebie. Twoja obecność pomagała mi się wdrożyć w nową rzeczywistość,a ja chciałem Ci jakoś pomóc w tym wszystkim, ale naprawdę nie wiedziałem jak...

W końcu wielka wyprawa na Śląsk. Najpierw jeden dzień wielkich męczarni, ale przyznasz, że było przyjemnie. Szybki sen, wyprawa do naszych Sąsiadów i kolejny dzień zabaw. Potem powrót A4/A1 zwiedzając większe miasta na naszej drodze. Postój na stacji benzynowej i Twoje modelkowanie było takie słodkie... Potem wizyta "na udany wieczór" i Twój pobyt w szpitalu. A na sam koniec to co drugi dzień przyjeżdżałaś do mnie do kina, na obiad, na kawę... Byłaś tuż obok, a ja czułem się spokojnie móc odwieźć Cię wieczorem do domu niż pozwolić żebyś tłukła się pociągiem.

Ostatecznie ten finałowy weekend. W zasadzie dwa dni, ale zawsze. Długa podróż, rozpakowywanie się, wypad do sąsiedniego miasta, grube zakupy i rozmowy w łóżku do późna o zapachu truskawek.

I ten dzisiejszy dzień, kraniec naszych wakacji. Gdy wybuchliśmy jeszcze jeden, być może ostatni na długi czas raz. Gdy łzy płynęły po naszych policzkach i gardło ściskała wielkie imadło. Gdy usta szeptały kolejne zapewnienia o miłości i urzeczywistniały strach, że teraz nic już nie będzie takie samo.

Było nam tak dobrze przez te kilka tygodni. Czemu musieliśmy to porzucić.
Ale
Może to już ostatni rok takich pożegnań...

*to nie jest wpis w konwencji tego bloga; po prostu musiałem zapisać gdzieś swoje wspomnienia

niedziela, 31 stycznia 2016

Zobaczymy

Zima.
Trochę długa, choć może mało śnieżna, ale za to chłodna niczym lód, który pojawił się niespodziewanie
w wiślanej zatoczce.
Minęły już święta i nowy rok i wszystko jakoś jest inaczej. Cieplej.
Omiatamy się cieplejszymi spojrzeniami i takimi bardziej ludzkimi słowami żegnamy się na dobranoc i witamy na dzień dobry.
Nie wiem w sumie skąd ta zmiana, może sami w końcu do tego dojrzeliśmy?

Tak mało mamy czasu dla siebie. O wiele mniej niż byśmy oboje tego chcieli.
Po prostu zaszyć się gdzieś gdzie nic nie będzie nas gonić, a cały świat będzie się mieścić między dwoma poduszkami.
Tak dobrze mi było z Tobą, gdy po gwiezdnym filmie zaczęliśmy rozmawiać u mnie w mieszkaniu.
Rozmowa przerodziła się w dyskusję, opowieści, snuliśmy plany i werbalizowaliśmy marzenia.
Wszystko przy przygaszonym świetle lampek choinkowych, których nie mogę zdjąć od kilku tygodni...

Słowa i ich znaczenia zrzuciliśmy na drugi plan. Liczy się tylko to co jest, ewentualnie to co może być jutro lub najdalej za tydzień.
Gdy siedziałem u Ciebie w pokoju, a Ty uczyłaś się czułem, że nic mi już nie jest potrzebne.
To wystarczy. Twoja obecność obok i ciepły wieczór spędzony ze świadomością, że nie dzieli nas jak zwykle czas i przestrzeń, ale raptem tylko
kilkanaście centymetrów między łóżkiem a biurkiem.

Niedawno znowu powróciłaś do siebie. Pomagałem Ci się rozpakować, patrzyłem jak Twoje ręce rozkładają lub składają ubrania.
Jak patrzysz krytycznym spojrzeniem na półki, na których gości zbyt wiele kurzu, niesprzątniętego pod Twoją nieobecność.
Ze mną jest tak samo. Gdy Ciebie nie ma, moja dusza, mój umysł kurzy się pod nawałem codzienności i tych wszystkich obowiązków,
które muszę wykonywać sam od poniedziałku do piątku. Dopiero Twoja dłoń może znów wydobyć coś z tego bałaganu i przywrócić równowagę
w mojej głowie.

Tak wiele rzeczy miało być inaczej. Lepiej? Cóż... różnie nam się sprawy układają.
Nie narzekam, staram się to zrozumieć tak jak i Ty rozumiesz wiele moich działań. Jak czasem nawet nic nie mówisz na to co robię...
Chciałbym żebyśmy w końcu mogli żyć obok siebie. Odkąd tylko jesteśmy razem zawsze mamy między sobą jakaś odległość.
Wiem, że jeszcze nie czas na wspólne rozpoczynanie każdego dnia i każdej nocy - potrzebujemy jeszcze trochę czasu.
Jednak słysząc Twój głos w słuchawce niejednokrotnie aż rwę się, by rzucić wszystko i wsiąść w najbliższy pociąg do Ciebie.

Co dalej z nami?
Mówisz "zobaczymy", chociaż wiesz, że nie lubię tego słowa.
Tak często mnie ono rozczarowywało.

Chciałbym zmienić zbyt dużo w zbyt krótkim czasie.
A Ty nie lubisz tak gwałtownych zmian.
Zatem jedyne co nam pozostało, to chyba znów po prostu czekać...

czwartek, 12 listopada 2015

Preselektor

Znowu mokną serca miast.
W słuchawce coraz częściej słychać sygnał zajętości niż Twoje słowa.
Za oknem już dość szybko robi się ciemno, idzie zima.
Miała być piękna jesień, taka, która zabierze nas do naszych wspomnień i pozwoli kreować nowe, lepsze, jeszcze bardziej pamiętliwe.
Trochę nam chyba nie wyszło.

Wiem, że musisz poświęcać czas nie mi, a jakimś urojonym jednostkom, które mnie na co dzień nie interesują, ale i tak ustępuję im miejsca. Tak po prostu trzeba. A jeśli tego nie chcę ucinasz dyskusję krótkim jednym słowem.
Próbowałem jakoś wypełnić sobie czas, który mijał mi bez Ciebie. W końcu przecież bardzo blisko mam kino, a to jakieś zakupy, nawet ktoś inny się znalazł kto zagospodarował mi wieczór.
Mimo wszystko w tej codziennej pustce szukałem Twojej postaci.
Był biwak. Tylko dwa wieczory, ale dookoła tyle innych ludzi. Wtedy jakoś Cię przestałem szukać...

Jesteśmy daleko od siebie. Czuję, że ta rozłąka coraz bardziej nas oddala od siebie i - nie wiem czy to dobre słowo - zobojętnia. Z tym oddalaniem to nie jest tak, że to prowadzi do jakiegoś końca. Po prostu mało słów przelewa się między nami każdego dnia. Gdy na moim zegarku powiększają się liczby oznaczające dzień miesiąca to jednocześnie maleje jakość i długość naszych rozmów.
Ciekawe jak to będzie wyglądać za miesiąc...

Może.
Może potem pogadamy, może się zobaczymy za dwa tygodnie, może potem się odezwę.
Moje życie przeszło w tryb przypuszczający i powiem otwarcie, że to mnie rani. Nie mam mocy i siły żeby to zmienić. Przynajmniej nie teraz... Może (znów to słowo!) za 2-3 miesiące? Czas pokaże. Oby nie pokazał nam czegoś o czym nie chcę tu i teraz pisać.

Jakiś czas temu, na początku naszej nowej przygody wyczekiwałem ze zniecierpliwieniem kolejnej rozmowy. Chyba się nauczyłem cierpliwości. Twoja bezpośredniość odarła mnie z kilku procent uczuć, które zostały ucięte szybkim wciśnięciem czerwonej słuchawki w telefonie. Co poradzę na to, że jestem tutaj całkowicie sam. Naprawdę. Ty zawsze masz kogoś dookoła. Trochę inna sytuacja, taka jaką miałem w poprzednich latach. Rzeczywiście świadomość istnienia gdzieś niedaleko osoby, do której możesz powiedzieć zwykłe "cześć" jest niesamowicie budująca.
Mój pomnik, który do tej pory budowałem był o wiele bardziej słabszy niż ten ze spiżu.

Wszystko się pozmieniało. Moja sytuacja, nasze miejsca zamieszkania, i w pracy i w szkole też przyszło nowe. Między nami trochę zostało jeszcze tych staroci, którymi żyliśmy jeszcze dosłownie kilka tygodni temu. Takie wakacje... To był dobry czas, wiadomo, lato, ciepłe noce i nocne powroty do domu. Będzie co wspominać.
Teraz nie mamy nic z tamtych dni. A były one dobre, pełne, radosne.

Zostało tylko oczekiwanie.
Na jeszcze jeden raz.
I jeszcze jeden.

I moment.
W którym tego razu w końcu zabraknie.