Tak kończą się właśnie nasze pierwsze, spędzone razem wakacje.
Wyjeżdżając dziś, zostawiłaś wszystkie wspólne chwile przeciągane w nieskończoność, aby jak najdłużej mogły pozostać "nasze". W oddali zobaczyłem tylko zamazaną sylwetkę samochodu, którym jechałaś na spotkanie nowej rzeczywistości, w której obydwoje musimy teraz się odnaleźć.
Wmawiam sobie, że to przecież nie koniec świata. Że nie milkniesz przecież na wieki, że zawsze będę miał w odwodzie wieczorne powroty ostatnim autobusem do domu oraz te krótkie weekendowe dni.
Powoli uświadamiam sobie tęsknotę, jaką los obdarzył mnie przynajmniej na ten jeszcze miesiąc. Czuję, że jesteś w podobnej sytuacji, że też chciałabyś coś zmienić wokół, wokół nas... Nie mam monopolu na przejmowanie się i zamartwianie. Boję się, tak bardzo, że czasem ten strach odbiera mi siły do stawiania dalszych kroków. Przejmujące zimno paraliżuje mnie, gdy nie ma Ciebie obok i choć przecież nie jesteś tak daleko, to nie możesz usiąść obok i pozwolić mi upajać się zapachem Twoich włosów.
Na następne dni nie mam nic oprócz kilku piosnek, pustego krzesła obok i niewysłanego jeszcze do Ciebie listu. Ale już niedługo znów będę mógł Cię zobaczyć i chwycić Twoją dłoń.
Ciągle wierzę, może dlatego, że chcę wierzyć, że to tak naprawdę początek.
Czegoś nowego, niespotykanego dotychczas w moim życiu.
Iż nie będziesz w nim na 15 minut, zostaniesz dłużej.
Tak do końca, do bólu, do łez wyciskanych z poczucia pustki.
Będę czekał na taki koniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz