Myślałem, że już do tego nie dojdzie.
A jednak zaprzestaliśmy dalszych wojen
udowadniania kto jest silniejszy i twardszy
i po prostu zaczęliśmy cieszyć się sobą.
Nigdy nie zapomnę jak pięknie wyglądałaś tamtego wieczoru, podczas której później zachwycaliśmy się gestami pewnej lewej dłoni. To było tak nierealistyczne, że prawie niedorzeczne, iż coś takiego przeżyliśmy.
Bez szaleństw, na spokojnie, chcieliśmy spędzić jeszcze jedną minutę dłużej ze sobą. Tylko ten uciekający czas, kończący się niebawem nie pozwalał tak do końca rozbłysnąć i wybuchnąć. Mimo to pamiętam wyraz Twojej twarzy, to w co byłaś ubrana na początku i na końcu.
I te wspomnienia nie dają się tak łatwo wymazać z pamięci. Przywołuję je w pamięci za każdym razem, gdy kładę się spać. Oglądam Twoje zdjęcie wysłane mimochodem jeszcze przed wyjazdem. Jak dobrze, że udało mi się je ściągnąć. Jakże uboga byłaby moja kolekcja bez tej podobizny.
Jadąc później tramwajem rozmyślałem co takiego jeszcze nas czeka zanim wieczory podobne do tego, który właśnie przeżywaliśmy będą standardem w naszym życiu, a nie tylko z dawna wyczekiwanym świętem. Rozmawialiśmy, dużo tego dnia rozmawialiśmy. Dużo padło słów tych neutralnych jak i tych wyższych, od których łzy nabiegają do oczu.
Pamiętam Twój uśmiech, ten magiczny, kojący, rozpalający wszelkie istniejące żądzę. Połączony z niesamowicie wyostrzonym tonem Twojego głosu był w rezultacie źródłem jakichś dziwnych wibracji przeszywających moje ciało.
To ciekawe, że jeszcze kilka dni temu tyle chmur kłębiło się nad nami. To minęło, żyjemy dalej, mocniej, trochę głośniej niż zwykle. I choć nie zmieniło się AŻ tak wiele to mimo wszystko jest mi z tym dobrze. Nie wiem jak to określić, w sumie nie stało się nic wielkiego. Może tylko po prostu zresetowaliśmy swoje uczucia? To co złe zostało wymazane, zostało tylko przywiązanie, tęsknota, miłość...
Chciałbym jeszcze raz kiedyś przeżyć te kilka godzin na nowo. Tuląc Twoje ramiona, dotykając nieśmiało policzków i zamykając oczy słysząc Twój nierównomierny oddech.
Dni takie jak ten.
Nie zdarzają się raz na miesiąc czy nawet raz na rok.
Dla takich chwil warto czekać całe życie.
czwartek, 20 listopada 2014
niedziela, 9 listopada 2014
Jeden Moment
Zgubiliśmy się
pogubiliśmy się
za bardzo, za mocno
za szybko.
Wczorajsza rozmowa nie była przyjemnością. Dużo słów, wielki potok wypłynął w końcu na zewnątrz. Nie chciałem tego, nie w takiej chwili, nie w taki sposób. Jednak już tego nie zmienię.
Chłód zmroził moje wnętrzności, gdy usłyszałem w odpowiedzi "aha".
Tego się nie spodziewałem. Że cały ten problem zostanie skwitowany krócej niż trwają dwa oddechy. Na początku złość, potem rozczarowanie, następnie zwątpienie... Czy nadal jest sens?
Sens trwania w takim stanie, na takich zasadach.
Dzisiejszy sobotni wieczór był naszym pierwszym spędzonym oddzielnie od... od zawsze. Odkąd tylko wybraliśmy wspólną ścieżkę życia to był nasz czas, którego nikomu nie pozwoliliśmy zaburzyć. Samochód mknął gdzieś po drodze, oczy wpatrzone w dal, ale to był nieobecny wzrok. Za dużo myśli nie pozwalało mi nawet spokojnie utrzymać się na swoim pasie.
Cały dzień ciszy. Czegoś takiego też chyba nigdy nie przeżyliśmy. Przełamałaś to wszystko krótkim pożegnaniem na dobranoc. To jakiś znak. Albo końca albo jakieś nowego, kolejnego początku.
Już rano coś zaczęło się na nowo. Usłyszałem kolejną piosenkę, która będzie już coś znaczyć w moim życiu. Czysty przypadek. A jednak widocznie tak musiało być.
Nie wiem co będzie jutro. Ciężki dzień czeka i Ciebie i mnie. Pewnie nie będziemy mieli znów dla siebie nic oprócz kilku urwanych słów. W obecnej sytuacji i tak byłoby to dużo.
Potem poniedziałek. Mieliśmy nadrabiać zaległości, a wszystko nagle tak się wykoleiło i złamało. Miało być zupełnie inaczej. Jest nie tak jak to zaplanowaliśmy.
Jeśli cokolwiek ostatnio planowaliśmy. Jeśli nie żyliśmy po prostu z dnia na dzień wypełniając upływające godziny jakąś podróbką dobrze spędzonego czasu. Narzekałem na milczenie w słuchawce telefonu? Teraz to milczenie będzie obijać się w mojej głowie przez długi czas. Aż w końcu nie rozsadzi mi czaszki.
To chyba nie będzie dobry weekend.
Jakże inny od ubiegłorocznego. Wtedy poznałem 98.3, totalny chillout i jedyne myśli, że przecież wszystko będzie dobrze.
Niestety nie powtórzę już tego stanu.
Rzadko się zdarza, aby coś było tak jak już było.
Ostatecznie jednak wierzę
Że jeszcze kiedyś
zanim odejdę
chwycimy swoje dłonie.
pogubiliśmy się
za bardzo, za mocno
za szybko.
Wczorajsza rozmowa nie była przyjemnością. Dużo słów, wielki potok wypłynął w końcu na zewnątrz. Nie chciałem tego, nie w takiej chwili, nie w taki sposób. Jednak już tego nie zmienię.
Chłód zmroził moje wnętrzności, gdy usłyszałem w odpowiedzi "aha".
Tego się nie spodziewałem. Że cały ten problem zostanie skwitowany krócej niż trwają dwa oddechy. Na początku złość, potem rozczarowanie, następnie zwątpienie... Czy nadal jest sens?
Sens trwania w takim stanie, na takich zasadach.
Dzisiejszy sobotni wieczór był naszym pierwszym spędzonym oddzielnie od... od zawsze. Odkąd tylko wybraliśmy wspólną ścieżkę życia to był nasz czas, którego nikomu nie pozwoliliśmy zaburzyć. Samochód mknął gdzieś po drodze, oczy wpatrzone w dal, ale to był nieobecny wzrok. Za dużo myśli nie pozwalało mi nawet spokojnie utrzymać się na swoim pasie.
Cały dzień ciszy. Czegoś takiego też chyba nigdy nie przeżyliśmy. Przełamałaś to wszystko krótkim pożegnaniem na dobranoc. To jakiś znak. Albo końca albo jakieś nowego, kolejnego początku.
Już rano coś zaczęło się na nowo. Usłyszałem kolejną piosenkę, która będzie już coś znaczyć w moim życiu. Czysty przypadek. A jednak widocznie tak musiało być.
Nie wiem co będzie jutro. Ciężki dzień czeka i Ciebie i mnie. Pewnie nie będziemy mieli znów dla siebie nic oprócz kilku urwanych słów. W obecnej sytuacji i tak byłoby to dużo.
Potem poniedziałek. Mieliśmy nadrabiać zaległości, a wszystko nagle tak się wykoleiło i złamało. Miało być zupełnie inaczej. Jest nie tak jak to zaplanowaliśmy.
Jeśli cokolwiek ostatnio planowaliśmy. Jeśli nie żyliśmy po prostu z dnia na dzień wypełniając upływające godziny jakąś podróbką dobrze spędzonego czasu. Narzekałem na milczenie w słuchawce telefonu? Teraz to milczenie będzie obijać się w mojej głowie przez długi czas. Aż w końcu nie rozsadzi mi czaszki.
To chyba nie będzie dobry weekend.
Jakże inny od ubiegłorocznego. Wtedy poznałem 98.3, totalny chillout i jedyne myśli, że przecież wszystko będzie dobrze.
Niestety nie powtórzę już tego stanu.
Rzadko się zdarza, aby coś było tak jak już było.
Ostatecznie jednak wierzę
Że jeszcze kiedyś
zanim odejdę
chwycimy swoje dłonie.
wtorek, 4 listopada 2014
Fault In Our Stars
Wydarzyło się coś niesamowitego.
Zbyt nieopisanego żeby móc to opisać.
To wszystko... nagle stało się takie puste
I sztuczne. W kontekście tego co zobaczyłem
To jest dobre słowo.
O Boże... co to było. Nie wiem co o tym sądzić. Co myśleć. Jak się zachować. Czuję w sobie, w środku taki ładunek emocji, smutnych emocji. Przenika mnie to do szpiku kości, nie umiem sobie z tym poradzić. Tak kac moralny po tym wszystkim. Dlaczego? Bo chciałbym przeżyć coś takiego. Bo chciałbym żeby i mi się coś takiego przydarzyło. Bo wiem, że nie mam na to obecnie szans...
Sztuczność. Wypełnia ostatnio moje dni. Godziny przelewają się jedna w drugą zacierając upływający bieg czasu. Telefon dzwoni. Milczy. Długo milczy, by rozbrzmieć znów na 6-7 minut. Ponownie cisza. Pospieszne "dobranoc" i to wszystko.
Mało. Dla mnie po prostu za mało.
Dziwne myśli kołują się po mej głowie. Ostatnio coraz częściej w mojej głowie uśmiecha się do mnie technologia OLED niż... no właśnie. Tyle rzeczy straciło ostrość, wyrazistość. Aż nie mam siły być z tego powodu zły. Znowu użyję tego słowa - smutek. Że coś ominęło mnie i nie ma szans na zawrócenie. A może jest. Ale już nie to miejsce, nie ten czas jak mówi piosenka.
Ciekawe jak to jest mieć obok siebie kogoś tak blisko, praktycznie przez cały czas być dostępnym dla drugiej osoby. Nie tylko w przerwach pomiędzy jedną a drugą książką. Ten drugi sposób rani, boli, wysysa wszelką chęć i radość z życia. Jest okrutny, bo pomimo wielu zapewnień i sprostowań to numer jeden jest oczywisty. Nie, to nie on pisze teraz ten wpis.
Gdyby tak zmienić chociaż jeden dzień w naszym ustalonym i uporządkowanym do granic możliwości tygodniu. Jeden dzień. Nie przed zeszytem czy komputerem, ale trzymając się za ręce przejść się gdzieś dalej niż kilka ulic dalej. Tak niewiele. A jednak tak dużo. Patrzyłem w ekran i widząc jakże odmienne od naszych zachowania i zwyczaje, budziła się w mnie cząstka świadomości, która chciała wykrzyczeć "Nie", "Stop", "Dość".
Może sobie krzyczeć. I tak nie zostania usłyszana. Jeśli znajdzie jednak jakiś sposób na ujście zostanie natychmiast wytłumiona i zapomniana na jakiś czas. Później znów może próbować się buntować, ale nie odniesie to większego skutku. Przerabiałem to już dziesiątki razy. To nie jest mój wymarzony, idealny świat. To jakaś imitacja tego co przez lata nosiłem w mojej głowie. Że przecież wszystko będzie pięknie, romantycznie, do utraty tchu,
Teraz muszę trwać w tym co przyniósł los. W myślach będę powtarzał to co chciałbym urzeczywistnić, wprowadzić w życie, zrealizować, a co na zawsze (z pewnymi ograniczeniami) pozostanie już tylko w granicach mojego umysłu.
Smutek. Wielki, ogromny.
Bo też tak jak tam:
To nasza tylko, nie gwiazd naszych wina.
Zbyt nieopisanego żeby móc to opisać.
To wszystko... nagle stało się takie puste
I sztuczne. W kontekście tego co zobaczyłem
To jest dobre słowo.
O Boże... co to było. Nie wiem co o tym sądzić. Co myśleć. Jak się zachować. Czuję w sobie, w środku taki ładunek emocji, smutnych emocji. Przenika mnie to do szpiku kości, nie umiem sobie z tym poradzić. Tak kac moralny po tym wszystkim. Dlaczego? Bo chciałbym przeżyć coś takiego. Bo chciałbym żeby i mi się coś takiego przydarzyło. Bo wiem, że nie mam na to obecnie szans...
Sztuczność. Wypełnia ostatnio moje dni. Godziny przelewają się jedna w drugą zacierając upływający bieg czasu. Telefon dzwoni. Milczy. Długo milczy, by rozbrzmieć znów na 6-7 minut. Ponownie cisza. Pospieszne "dobranoc" i to wszystko.
Mało. Dla mnie po prostu za mało.
Dziwne myśli kołują się po mej głowie. Ostatnio coraz częściej w mojej głowie uśmiecha się do mnie technologia OLED niż... no właśnie. Tyle rzeczy straciło ostrość, wyrazistość. Aż nie mam siły być z tego powodu zły. Znowu użyję tego słowa - smutek. Że coś ominęło mnie i nie ma szans na zawrócenie. A może jest. Ale już nie to miejsce, nie ten czas jak mówi piosenka.
Ciekawe jak to jest mieć obok siebie kogoś tak blisko, praktycznie przez cały czas być dostępnym dla drugiej osoby. Nie tylko w przerwach pomiędzy jedną a drugą książką. Ten drugi sposób rani, boli, wysysa wszelką chęć i radość z życia. Jest okrutny, bo pomimo wielu zapewnień i sprostowań to numer jeden jest oczywisty. Nie, to nie on pisze teraz ten wpis.
Gdyby tak zmienić chociaż jeden dzień w naszym ustalonym i uporządkowanym do granic możliwości tygodniu. Jeden dzień. Nie przed zeszytem czy komputerem, ale trzymając się za ręce przejść się gdzieś dalej niż kilka ulic dalej. Tak niewiele. A jednak tak dużo. Patrzyłem w ekran i widząc jakże odmienne od naszych zachowania i zwyczaje, budziła się w mnie cząstka świadomości, która chciała wykrzyczeć "Nie", "Stop", "Dość".
Może sobie krzyczeć. I tak nie zostania usłyszana. Jeśli znajdzie jednak jakiś sposób na ujście zostanie natychmiast wytłumiona i zapomniana na jakiś czas. Później znów może próbować się buntować, ale nie odniesie to większego skutku. Przerabiałem to już dziesiątki razy. To nie jest mój wymarzony, idealny świat. To jakaś imitacja tego co przez lata nosiłem w mojej głowie. Że przecież wszystko będzie pięknie, romantycznie, do utraty tchu,
Teraz muszę trwać w tym co przyniósł los. W myślach będę powtarzał to co chciałbym urzeczywistnić, wprowadzić w życie, zrealizować, a co na zawsze (z pewnymi ograniczeniami) pozostanie już tylko w granicach mojego umysłu.
Smutek. Wielki, ogromny.
Bo też tak jak tam:
To nasza tylko, nie gwiazd naszych wina.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)