Mogliśmy dziś rozbłysnąć
Mogliśmy przesunąć naszą tajemniczą granicę
do nieskończoności
Jednak zbyt nieodpowiedni dobór słów
a zwłaszcza ich czas
zaprzepaścił szansę na w końcu coś wielkiego...
Chyba nie masz pojęcia co czułem wracając już do domu, gdy po raz ostatni dzisiejszego wieczoru powiedzieliśmy sobie "cześć". Pewnie ciągle uważasz, że to był zawód, smutek, rozczarowanie etc.
Nie. To była złość.
Byłem zły. Bardzo zły. I wiedziałem, że to wszystko tak naprawdę moja wina. Tych kilka słów zabrakło wcześniej, o odpowiedniej porze dnia i nocy. Nie tak wciśniętych na siłę w ostatnie już wiadomości, tuż przed pożegnaniem. Zapomniałem, nie chciałem, wyleciało mi z głowy, chciałem to ukryć?
Nie.
Nie wiem.
To jest właśnie najgorsze. Nie potrafię nawet wytłumaczyć tego co się wtedy stało. Efekt motyla pokazał swoje najgorsze oblicze. Biję się ciągle teraz z myślami czemu to potoczyło się tak a nie inaczej. Już wiedziałem, że po tym co się dziś stało, nic więcej nie uda nam się osiągnąć.
A mogliśmy zrobić bardzo wiele.
Wyglądałaś tak pięknie, niczym żywcem wyjęta z mojej głowy. Właśnie tak widywałem Cię ostatnio w myślach, taki Twój obraz układał mi się podczas myślenia o Tobie.
Straciliśmy szansę.
Czy jeszcze kiedyś dostaniemy taką od losu?
Nie wie tego nikt.
niedziela, 25 stycznia 2015
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Pół na Pół
Przetańczyliśmy razem całą noc
Nie zmarnowaliśmy tej wielkiej szansy danej nam od losu
I choć całość zakończyliśmy z uśmiechem na ustach
To wywróciliśmy się na najbardziej błahej rzeczy na świecie.
Już w samochodzie mówiłaś mi, że chcesz się dobrze bawić. Że ja, Ty, my nie możemy zniszczyć tego wszystkiego na co pracowałaś (bo moja rola była niewielka) od kilku miesięcy. Wiedziałem, że trzeba będzie wziąć się w garść i zaryzykować całe swoje "ja", aby to się udało.
Nie ma co narzekać i robić z siebie ofiarę. Oboje staraliśmy się. Niewinne słowa, gesty, spojrzenia wystarczyły żebyśmy oboje nie zwariowali i wszystko było po prostu najzwyklej w świecie "dobrze".
Tak, udało nam się. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. To mógł być nasz punkt zwrotny we wszelkich relacjach. Że o to jednak potrafimy dobrze spędzić tak wyjątkowy czas. Gdy wróciłem do domu nad ranem, gdy już odłożyłem telefon po rozmowie z Tobą czułem się szczęśliwy, że mogliśmy to razem przeżyć. Że mogłem Cię widzieć tamtego wieczoru piękniejszą niż kiedykolwiek przedtem. Że to właśnie Twoje dłonie mogłem trzymać przepuszczać przez nie miliony niewidzialnych impulsów miłości do Ciebie.
Jednak kim byśmy byli, gdybyśmy tego stanu nie popsuli. Znów coś/ktoś nam przeszkodził. Znów to był zbyt wielki hałas, zbyt słaby zasięg. I ponownie musieliśmy w niepokojącym milczeniu spędzać czas przy telefonie w oczekiwaniu na jeszcze jedno słowo.
Nie wiem co mogę jeszcze powiedzieć. Tak bardzo chciałbym żeby to nieporozumienie się skończyło. Ciebie męczy ciągłe powtarzanie, mnie dopytywanie. Co na to poradzić... nie mam pojęcia.
Moim jedynym pragnieniem jest teraz złapanie Cię za rękę i przytulenie się do Twoich miękkich, ciemnoblond włosów. Żebyś jeszcze raz mogła mi powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.
I to co się stało
nie ma absolutnie najmniejszego znaczenia.
Nie zmarnowaliśmy tej wielkiej szansy danej nam od losu
I choć całość zakończyliśmy z uśmiechem na ustach
To wywróciliśmy się na najbardziej błahej rzeczy na świecie.
Już w samochodzie mówiłaś mi, że chcesz się dobrze bawić. Że ja, Ty, my nie możemy zniszczyć tego wszystkiego na co pracowałaś (bo moja rola była niewielka) od kilku miesięcy. Wiedziałem, że trzeba będzie wziąć się w garść i zaryzykować całe swoje "ja", aby to się udało.
Nie ma co narzekać i robić z siebie ofiarę. Oboje staraliśmy się. Niewinne słowa, gesty, spojrzenia wystarczyły żebyśmy oboje nie zwariowali i wszystko było po prostu najzwyklej w świecie "dobrze".
Tak, udało nam się. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. To mógł być nasz punkt zwrotny we wszelkich relacjach. Że o to jednak potrafimy dobrze spędzić tak wyjątkowy czas. Gdy wróciłem do domu nad ranem, gdy już odłożyłem telefon po rozmowie z Tobą czułem się szczęśliwy, że mogliśmy to razem przeżyć. Że mogłem Cię widzieć tamtego wieczoru piękniejszą niż kiedykolwiek przedtem. Że to właśnie Twoje dłonie mogłem trzymać przepuszczać przez nie miliony niewidzialnych impulsów miłości do Ciebie.
Jednak kim byśmy byli, gdybyśmy tego stanu nie popsuli. Znów coś/ktoś nam przeszkodził. Znów to był zbyt wielki hałas, zbyt słaby zasięg. I ponownie musieliśmy w niepokojącym milczeniu spędzać czas przy telefonie w oczekiwaniu na jeszcze jedno słowo.
Nie wiem co mogę jeszcze powiedzieć. Tak bardzo chciałbym żeby to nieporozumienie się skończyło. Ciebie męczy ciągłe powtarzanie, mnie dopytywanie. Co na to poradzić... nie mam pojęcia.
Moim jedynym pragnieniem jest teraz złapanie Cię za rękę i przytulenie się do Twoich miękkich, ciemnoblond włosów. Żebyś jeszcze raz mogła mi powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.
I to co się stało
nie ma absolutnie najmniejszego znaczenia.
sobota, 3 stycznia 2015
Untitled
Znów. Znów czuć ten przygniatający upływ czasu.
Chyba nigdy nie miałem tak bardzo zakorzenionego w sobie uczuci, że tyle już za nami
A tak naprawdę przeżyliśmy raptem kilka dni.
Dokładnie 7 dni. Tydzień.
W czasie którego zdarzyło się wszystko co tylko mogło się między nami wydarzyć.
Boże Narodzenie. Jakoś tak się dziwnie składa, że bardziej milszy jest okres przedświąteczny. Wypełniony czekaniem, wspólnym przygotowywaniem, ubieraniem choinki etc. Wtedy też i my byliśmy ze sobą trochę bliżej niż zwykle. Nie marnowaliśmy dni wolnych, byliśmy razem. Kontynuowaliśmy po części to co zaczęło się dość niewinnym maratonem. Nie wiedziałem, że to będzie dla nas tak pozytywne przeżycie. Niby nic, a jednak coś.
Wszystko do tego 24. grudnia było magiczne. Nasze rozmowy, zachowanie, tęsknota po kolejnej godzinie rozłąki, pragnienia i szepty. Aż szkoda, że to tak szybko minęło.
W same święta czekałem tylko na te dwa wieczory, które mógłbym spędzić tylko i wyłącznie z Tobą. Dwa wieczory w ciągu całego roku, które są tylko dla nas. I cóż... Tak jak dawniej, ponownie wybuchliśmy, zamarliśmy i wkroczyliśmy na nowy szlak, który miał nas zaprowadzić gdzieś daleko.
Tak się jednak nie stało. Fakt, iż święta się skończyły uderzył nas z mocą nieporównywalnie większą od tej, drzemiącej w wiązaniach atomowych. Najpierw pierwsze, gorzkie rozczarowanie, że jednak nie wszystkie obietnice się spełniają. Nawet te, wymawiane najcichszym szeptem w stanie największego stężenia uczuć i emocje. A może jest tak, że nie spełniają się zwłaszcza takie...
Potem znów w nasze życie wkradł się sztorm. Długi, bolesny, ale wydaje mi się, że potrzebny. Chyba nigdy nie usiedliśmy tak naprzeciwko siebie i mówiliśmy co i jak nas boli, co jest źle, co można i trzeba zmienić bądź naprawić. Niestety, na przełomie lat nie udało nam się zachować czystego konta i jak zwykle musieliśmy (bo nie wiem i Ty też tego do końca nie wiesz czyja to była wina) coś zepsuć.
Na szczęście w porę się opamiętaliśmy i uratowaliśmy tamtą noc. Ufff.
Teraz sam już nie wiem jak to wszystko się potoczy. Niby wszystko jest dobrze, ale boję się, że to bardzo nietrwały stan. Że wystarczy nawet podmuch wiatru żeby znów coś tutaj się posypało. Zostało nam tak już niewiele czasu. Aby tylko przeżyć ten styczeń, luty już nie będzie taki pracochłonny. Oby tylko dotrwać jeszcze te kilkanaście dni.
Najbardziej bolą słowa. Słowa, które miały moc zmienić praktycznie wszystko, a mimo to zostały odrzucone i dryfują sobie gdzieś w oceanie zapomnianych myśli. Teraz nie mamy już możliwości na nasz wyczekany wyjazd, znów trzeba wszystko przekładać, odkładać, kombinować, planować.
A przecież to wszystko mogło być prostsze. Gdybyśmy tylko słuchali głosu swojego serca. Nie martwili się i planowali na zapas. Gdybyśmy dali się ponieść chwili, chwycili za ręce i razem dokonali niemożliwego. Może wtedy coś byłoby inaczej.
Jednak tak się składa.
Że w moim życiu nigdy nie może zabraknąć czekania.
Chyba nigdy nie miałem tak bardzo zakorzenionego w sobie uczuci, że tyle już za nami
A tak naprawdę przeżyliśmy raptem kilka dni.
Dokładnie 7 dni. Tydzień.
W czasie którego zdarzyło się wszystko co tylko mogło się między nami wydarzyć.
Boże Narodzenie. Jakoś tak się dziwnie składa, że bardziej milszy jest okres przedświąteczny. Wypełniony czekaniem, wspólnym przygotowywaniem, ubieraniem choinki etc. Wtedy też i my byliśmy ze sobą trochę bliżej niż zwykle. Nie marnowaliśmy dni wolnych, byliśmy razem. Kontynuowaliśmy po części to co zaczęło się dość niewinnym maratonem. Nie wiedziałem, że to będzie dla nas tak pozytywne przeżycie. Niby nic, a jednak coś.
Wszystko do tego 24. grudnia było magiczne. Nasze rozmowy, zachowanie, tęsknota po kolejnej godzinie rozłąki, pragnienia i szepty. Aż szkoda, że to tak szybko minęło.
W same święta czekałem tylko na te dwa wieczory, które mógłbym spędzić tylko i wyłącznie z Tobą. Dwa wieczory w ciągu całego roku, które są tylko dla nas. I cóż... Tak jak dawniej, ponownie wybuchliśmy, zamarliśmy i wkroczyliśmy na nowy szlak, który miał nas zaprowadzić gdzieś daleko.
Tak się jednak nie stało. Fakt, iż święta się skończyły uderzył nas z mocą nieporównywalnie większą od tej, drzemiącej w wiązaniach atomowych. Najpierw pierwsze, gorzkie rozczarowanie, że jednak nie wszystkie obietnice się spełniają. Nawet te, wymawiane najcichszym szeptem w stanie największego stężenia uczuć i emocje. A może jest tak, że nie spełniają się zwłaszcza takie...
Potem znów w nasze życie wkradł się sztorm. Długi, bolesny, ale wydaje mi się, że potrzebny. Chyba nigdy nie usiedliśmy tak naprzeciwko siebie i mówiliśmy co i jak nas boli, co jest źle, co można i trzeba zmienić bądź naprawić. Niestety, na przełomie lat nie udało nam się zachować czystego konta i jak zwykle musieliśmy (bo nie wiem i Ty też tego do końca nie wiesz czyja to była wina) coś zepsuć.
Na szczęście w porę się opamiętaliśmy i uratowaliśmy tamtą noc. Ufff.
Teraz sam już nie wiem jak to wszystko się potoczy. Niby wszystko jest dobrze, ale boję się, że to bardzo nietrwały stan. Że wystarczy nawet podmuch wiatru żeby znów coś tutaj się posypało. Zostało nam tak już niewiele czasu. Aby tylko przeżyć ten styczeń, luty już nie będzie taki pracochłonny. Oby tylko dotrwać jeszcze te kilkanaście dni.
Najbardziej bolą słowa. Słowa, które miały moc zmienić praktycznie wszystko, a mimo to zostały odrzucone i dryfują sobie gdzieś w oceanie zapomnianych myśli. Teraz nie mamy już możliwości na nasz wyczekany wyjazd, znów trzeba wszystko przekładać, odkładać, kombinować, planować.
A przecież to wszystko mogło być prostsze. Gdybyśmy tylko słuchali głosu swojego serca. Nie martwili się i planowali na zapas. Gdybyśmy dali się ponieść chwili, chwycili za ręce i razem dokonali niemożliwego. Może wtedy coś byłoby inaczej.
Jednak tak się składa.
Że w moim życiu nigdy nie może zabraknąć czekania.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)