sobota, 3 stycznia 2015

Untitled

Znów. Znów czuć ten przygniatający upływ czasu.
Chyba nigdy nie miałem tak bardzo zakorzenionego w sobie uczuci, że tyle już za nami
A tak naprawdę przeżyliśmy raptem kilka dni.
Dokładnie 7 dni. Tydzień.
W czasie którego zdarzyło się wszystko co tylko mogło się między nami wydarzyć.

Boże Narodzenie. Jakoś tak się dziwnie składa, że bardziej milszy jest okres przedświąteczny. Wypełniony czekaniem, wspólnym przygotowywaniem, ubieraniem choinki etc. Wtedy też i my byliśmy ze sobą trochę bliżej niż zwykle. Nie marnowaliśmy dni wolnych, byliśmy razem. Kontynuowaliśmy po części to co zaczęło się dość niewinnym maratonem. Nie wiedziałem, że to będzie dla nas tak pozytywne przeżycie. Niby nic, a jednak coś.
Wszystko do tego 24. grudnia było magiczne. Nasze rozmowy, zachowanie, tęsknota po kolejnej godzinie rozłąki, pragnienia i szepty. Aż szkoda, że to tak szybko minęło.

W same święta czekałem tylko na te dwa wieczory, które mógłbym spędzić tylko i wyłącznie z Tobą. Dwa wieczory w ciągu całego roku, które są tylko dla nas. I cóż... Tak jak dawniej, ponownie wybuchliśmy, zamarliśmy i wkroczyliśmy na nowy szlak, który miał nas zaprowadzić gdzieś daleko.

Tak się jednak nie stało. Fakt, iż święta się skończyły uderzył nas z mocą nieporównywalnie większą od tej, drzemiącej w wiązaniach atomowych. Najpierw pierwsze, gorzkie rozczarowanie, że jednak nie wszystkie obietnice się spełniają. Nawet te, wymawiane najcichszym szeptem w stanie największego stężenia uczuć i emocje. A może jest tak, że nie spełniają się zwłaszcza takie...

Potem znów w nasze życie wkradł się sztorm. Długi, bolesny, ale wydaje mi się, że potrzebny. Chyba nigdy nie usiedliśmy tak naprzeciwko siebie i mówiliśmy co i jak nas boli, co jest źle, co można i trzeba zmienić bądź naprawić. Niestety, na przełomie lat nie udało nam się zachować czystego konta i jak zwykle musieliśmy (bo nie wiem i Ty też tego do końca nie wiesz czyja to była wina) coś zepsuć.
Na szczęście w porę się opamiętaliśmy i uratowaliśmy tamtą noc. Ufff.

Teraz sam już nie wiem jak to wszystko się potoczy. Niby wszystko jest dobrze, ale boję się, że to bardzo nietrwały stan. Że wystarczy nawet podmuch wiatru żeby znów coś tutaj się posypało. Zostało nam tak już niewiele czasu. Aby tylko przeżyć ten styczeń, luty już nie będzie taki pracochłonny. Oby tylko dotrwać jeszcze te kilkanaście dni.

Najbardziej bolą słowa. Słowa, które miały moc zmienić praktycznie wszystko, a mimo to zostały odrzucone i dryfują sobie gdzieś w oceanie zapomnianych myśli. Teraz nie mamy już możliwości na nasz wyczekany wyjazd, znów trzeba wszystko przekładać, odkładać, kombinować, planować.

A przecież to wszystko mogło być prostsze. Gdybyśmy tylko słuchali głosu swojego serca. Nie martwili się i planowali na zapas. Gdybyśmy dali się ponieść chwili, chwycili za ręce i razem dokonali niemożliwego. Może wtedy coś byłoby inaczej.

Jednak tak się składa.
Że w moim życiu nigdy nie może zabraknąć czekania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz