Zapada noc.
A świat ciągle jeszcze rozświetlony, rozentuzjazmowany niezatrzymanym potokiem wydarzeń.
Dokąd tak pędzi? Może powie chociaż, w którą stronę...
Tylko z sobie znaną prędkością każda jego cząsteczka
doznaje uniesień, niezapomnianych wzlotów i bolesnych upadków.
Jesteśmy jedną z tych cząsteczek zagubionych w realno-nierealnej strukturze, którą umownie nazywamy życiem. Przenikamy z myśli innych osób do swojego otoczenia pragnąc zachować chociaż ułamek tych wszystkich wyobrażeń jakie stanowimy w naszych przemęczonych i przeładowanych umysłach.
Uciec. Daleko. Dalej. Jeszcze dalej.
Zbyt często znikamy sami dla siebie. Zbyt cicho, by ktokolwiek mógł to zauważyć.
A pomimo tego trwamy w tym zamieszaniu, z dnia na dzień coraz bardziej przytwierdzając się do miejsca, w którym ostatecznie przyszło nam żyć.
Tak niewiele potrzeba, by poczuć świeży oddech wiatru na karku. A tak mało robimy, aby choć na chwilę zapomnieć o tym co przyziemne. Oddać duszy co duchowe. I nam... co mamy dla siebie?
Na pewno kształty, barwy, dźwięki, tych kilka myśli wytłoczonych późną nocą, wspomnienia, przelotne spojrzenia, nieśmiały dotyk rąk, gdy gwiazdy były o kilka długości za blisko.
Nie pamiętamy już chyba tych wszystkich chwil, zdarzeń, zdań, wspólnych wypraw...
W pamięci zapadły tylko ciche słowa, nieskładne obietnice mówione łamiącym się głosem, trochę zbyt dużo śniegu i powroty do domu miastem, które śpi.
I to dziwne, przenikające na wskroś ciepło.
Że jeszcze...
To jeszcze nie jest koniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz