Znowu mokną serca miast.
W słuchawce coraz częściej słychać sygnał zajętości niż Twoje słowa.
Za oknem już dość szybko robi się ciemno, idzie zima.
Miała być piękna jesień, taka, która zabierze nas do naszych wspomnień i pozwoli kreować nowe, lepsze, jeszcze bardziej pamiętliwe.
Trochę nam chyba nie wyszło.
Wiem, że musisz poświęcać czas nie mi, a jakimś urojonym jednostkom, które mnie na co dzień nie interesują, ale i tak ustępuję im miejsca. Tak po prostu trzeba. A jeśli tego nie chcę ucinasz dyskusję krótkim jednym słowem.
Próbowałem jakoś wypełnić sobie czas, który mijał mi bez Ciebie. W końcu przecież bardzo blisko mam kino, a to jakieś zakupy, nawet ktoś inny się znalazł kto zagospodarował mi wieczór.
Mimo wszystko w tej codziennej pustce szukałem Twojej postaci.
Był biwak. Tylko dwa wieczory, ale dookoła tyle innych ludzi. Wtedy jakoś Cię przestałem szukać...
Jesteśmy daleko od siebie. Czuję, że ta rozłąka coraz bardziej nas oddala od siebie i - nie wiem czy to dobre słowo - zobojętnia. Z tym oddalaniem to nie jest tak, że to prowadzi do jakiegoś końca. Po prostu mało słów przelewa się między nami każdego dnia. Gdy na moim zegarku powiększają się liczby oznaczające dzień miesiąca to jednocześnie maleje jakość i długość naszych rozmów.
Ciekawe jak to będzie wyglądać za miesiąc...
Może.
Może potem pogadamy, może się zobaczymy za dwa tygodnie, może potem się odezwę.
Moje życie przeszło w tryb przypuszczający i powiem otwarcie, że to mnie rani. Nie mam mocy i siły żeby to zmienić. Przynajmniej nie teraz... Może (znów to słowo!) za 2-3 miesiące? Czas pokaże. Oby nie pokazał nam czegoś o czym nie chcę tu i teraz pisać.
Jakiś czas temu, na początku naszej nowej przygody wyczekiwałem ze zniecierpliwieniem kolejnej rozmowy. Chyba się nauczyłem cierpliwości. Twoja bezpośredniość odarła mnie z kilku procent uczuć, które zostały ucięte szybkim wciśnięciem czerwonej słuchawki w telefonie. Co poradzę na to, że jestem tutaj całkowicie sam. Naprawdę. Ty zawsze masz kogoś dookoła. Trochę inna sytuacja, taka jaką miałem w poprzednich latach. Rzeczywiście świadomość istnienia gdzieś niedaleko osoby, do której możesz powiedzieć zwykłe "cześć" jest niesamowicie budująca.
Mój pomnik, który do tej pory budowałem był o wiele bardziej słabszy niż ten ze spiżu.
Wszystko się pozmieniało. Moja sytuacja, nasze miejsca zamieszkania, i w pracy i w szkole też przyszło nowe. Między nami trochę zostało jeszcze tych staroci, którymi żyliśmy jeszcze dosłownie kilka tygodni temu. Takie wakacje... To był dobry czas, wiadomo, lato, ciepłe noce i nocne powroty do domu. Będzie co wspominać.
Teraz nie mamy nic z tamtych dni. A były one dobre, pełne, radosne.
Zostało tylko oczekiwanie.
Na jeszcze jeden raz.
I jeszcze jeden.
I moment.
W którym tego razu w końcu zabraknie.
czwartek, 12 listopada 2015
niedziela, 27 września 2015
Melancholia
I w końcu doszliśmy do tego momentu, w którym oboje jesteśmy rozdzieleni co najmniej 5-dniowym oczekiwaniem na normalność.
Wiem dobrze, że ta piątka może urosnąć nawet do pokaźnej dwucyfrowej liczby.
Wszystko dokładnie wyliczone, odmierzone.
Myślałem, że chociaż teraz będzie inaczej, że będziemy w końcu mogli się cieszyć sobą na co dzień.
Cóż... chyba nie ma sensu już o tym myśleć, stało się. Musimy iść dalej.
Tak bardzo tęsknię za Twoim głosem. Słucham go chciwie w słuchawce telefonu, najbardziej wtedy, gdy zmieniasz ton i mówisz czulej, ciszej i cieplej...
Nasze rozmowy, te mówione i te pisane coraz bardziej przypominają mi stare czasy, gdy wracałem od Ciebie ostatnim samochodem złapanym na stopa.
Ależ to było dawno. Chyba w jakiejś innej epoce gdzie naprawdę wszystko było wtedy inne. Jednak czas nas wzmocnił, tyle od tamtego czasu przeżyliśmy i - co najważniejsze - przetrwaliśmy.
Teraz przed nami nowe wyzwania codziennych dni rozdzielonych 400-kilometrową rozłąką.
I co będzie dalej, nie wiem. Boję się tego jak jeszcze nigdy niczego wcześniej.
Oboje się raczej nie możemy do końca w tym odnaleźć. Czuję to w Twoim głosie.
Podobno nie wolno nam się bać.
Cały klucz do przeżycia tych miesięcy leży w nas.
W naszych sercach, duszach i umysłach.
Nie wiem co napisać na koniec.
Wiem dobrze, że ta piątka może urosnąć nawet do pokaźnej dwucyfrowej liczby.
Wszystko dokładnie wyliczone, odmierzone.
Myślałem, że chociaż teraz będzie inaczej, że będziemy w końcu mogli się cieszyć sobą na co dzień.
Cóż... chyba nie ma sensu już o tym myśleć, stało się. Musimy iść dalej.
Tak bardzo tęsknię za Twoim głosem. Słucham go chciwie w słuchawce telefonu, najbardziej wtedy, gdy zmieniasz ton i mówisz czulej, ciszej i cieplej...
Nasze rozmowy, te mówione i te pisane coraz bardziej przypominają mi stare czasy, gdy wracałem od Ciebie ostatnim samochodem złapanym na stopa.
Ależ to było dawno. Chyba w jakiejś innej epoce gdzie naprawdę wszystko było wtedy inne. Jednak czas nas wzmocnił, tyle od tamtego czasu przeżyliśmy i - co najważniejsze - przetrwaliśmy.
Teraz przed nami nowe wyzwania codziennych dni rozdzielonych 400-kilometrową rozłąką.
I co będzie dalej, nie wiem. Boję się tego jak jeszcze nigdy niczego wcześniej.
Oboje się raczej nie możemy do końca w tym odnaleźć. Czuję to w Twoim głosie.
Podobno nie wolno nam się bać.
Cały klucz do przeżycia tych miesięcy leży w nas.
W naszych sercach, duszach i umysłach.
Nie wiem co napisać na koniec.
wtorek, 8 września 2015
Szeptem
Bez zbędnych metafor.
Umknęła nam gdzieś linia, po której mogliśmy wspólnie kroczyć przez najbliższe dni, tygodnie, miesiące... Jednak nie będziemy razem w wielkim mieście; każde z nas zostanie w swoim małym świecie, do którego na szczęście drzwi będą stać nam nawzajem otworem.
Tylko kilka dni. Dokładnie cztery dni spędziliśmy wspólnie z dala od widoku obcych oczu. Najlepsze wspomnienia mojego życia, oprócz tych wszystkich, o których już Ci powiedziałem...
Szkoda, że tak to się wszystko potoczyło. Może to po części i moja wina - nasza przyszłość zależała przecież od mojego kliknięcia, ale coś powstrzymało mnie przed tą jakże mała, a jednocześnie ogromną zmianą. Któż to jednak mógł przewidzieć...
Miałem nadzieję, wierzyłem w to bardzo mocno, że uda się. Że będzie tak jak sobie to wymarzyliśmy. Razem, na spokojnie, może na innych ulicach, ale jednocześnie w zasięgu ręki.
Jednakże... czy tak właśnie nie jest? Przeżywamy najpiękniejszy okres - bez kłótni, bez złych emocji. Jedynie uśmiechy, jedynie splecione dłonie i mnóstwo ciepłych słów między nami.
Czy to właśnie nie tak powinno być?
Dobrze, że tak jest.
Chciałbym móc to wyrazić też w czasie przyszłym, ale tak bardzo się boję.
Pustki i odległości mierzonej znów w kilometrach.
Czekania, przelewania się jednego dnia w drugi żeby tylko Cię zobaczyć.
Coś mi to przypomina. Tak już chyba kiedyś było.
Wtedy daliśmy radę.
Oby udało się i tym razem.
Umknęła nam gdzieś linia, po której mogliśmy wspólnie kroczyć przez najbliższe dni, tygodnie, miesiące... Jednak nie będziemy razem w wielkim mieście; każde z nas zostanie w swoim małym świecie, do którego na szczęście drzwi będą stać nam nawzajem otworem.
Tylko kilka dni. Dokładnie cztery dni spędziliśmy wspólnie z dala od widoku obcych oczu. Najlepsze wspomnienia mojego życia, oprócz tych wszystkich, o których już Ci powiedziałem...
Szkoda, że tak to się wszystko potoczyło. Może to po części i moja wina - nasza przyszłość zależała przecież od mojego kliknięcia, ale coś powstrzymało mnie przed tą jakże mała, a jednocześnie ogromną zmianą. Któż to jednak mógł przewidzieć...
Miałem nadzieję, wierzyłem w to bardzo mocno, że uda się. Że będzie tak jak sobie to wymarzyliśmy. Razem, na spokojnie, może na innych ulicach, ale jednocześnie w zasięgu ręki.
Jednakże... czy tak właśnie nie jest? Przeżywamy najpiękniejszy okres - bez kłótni, bez złych emocji. Jedynie uśmiechy, jedynie splecione dłonie i mnóstwo ciepłych słów między nami.
Czy to właśnie nie tak powinno być?
Dobrze, że tak jest.
Chciałbym móc to wyrazić też w czasie przyszłym, ale tak bardzo się boję.
Pustki i odległości mierzonej znów w kilometrach.
Czekania, przelewania się jednego dnia w drugi żeby tylko Cię zobaczyć.
Coś mi to przypomina. Tak już chyba kiedyś było.
Wtedy daliśmy radę.
Oby udało się i tym razem.
niedziela, 17 maja 2015
Tyle dni
Minęło tak wiele godzin, uśmiechów, minut, gestów i sekund.
Zbyt wiele żeby to nawet opisać.
A co dopiero w tak krótkim czasie i miejscu.
Przełamaliśmy kres. Płyniemy w nieskończonym n-wymiarze nieskończoności, z której może jakoś trudniej niż do tamtej pory jest nam się wyrwać.
Załamaliśmy nasze umysły bardziej niż światło przechodzące przez szkło.
I tylko tyle mamy dla siebie ile będziemy w stanie dać sobie w te nadchodzące dni.
Bardziej wolne, bardziej radosne - dla Ciebie. Dla mnie pełne przejazdów i rozmyślania nad grafikiem.
Może to tylko taki wstęp do tego, że jednak pójdziesz gdzieś indziej?
Boję się tego. Nie chcę o tym mówić i myśleć.
Proszę uratuj mnie.
Ten jeszcze jeden raz.
Zbyt wiele żeby to nawet opisać.
A co dopiero w tak krótkim czasie i miejscu.
Przełamaliśmy kres. Płyniemy w nieskończonym n-wymiarze nieskończoności, z której może jakoś trudniej niż do tamtej pory jest nam się wyrwać.
Załamaliśmy nasze umysły bardziej niż światło przechodzące przez szkło.
I tylko tyle mamy dla siebie ile będziemy w stanie dać sobie w te nadchodzące dni.
Bardziej wolne, bardziej radosne - dla Ciebie. Dla mnie pełne przejazdów i rozmyślania nad grafikiem.
Może to tylko taki wstęp do tego, że jednak pójdziesz gdzieś indziej?
Boję się tego. Nie chcę o tym mówić i myśleć.
Proszę uratuj mnie.
Ten jeszcze jeden raz.
niedziela, 25 stycznia 2015
Efekt Motyla
Mogliśmy dziś rozbłysnąć
Mogliśmy przesunąć naszą tajemniczą granicę
do nieskończoności
Jednak zbyt nieodpowiedni dobór słów
a zwłaszcza ich czas
zaprzepaścił szansę na w końcu coś wielkiego...
Chyba nie masz pojęcia co czułem wracając już do domu, gdy po raz ostatni dzisiejszego wieczoru powiedzieliśmy sobie "cześć". Pewnie ciągle uważasz, że to był zawód, smutek, rozczarowanie etc.
Nie. To była złość.
Byłem zły. Bardzo zły. I wiedziałem, że to wszystko tak naprawdę moja wina. Tych kilka słów zabrakło wcześniej, o odpowiedniej porze dnia i nocy. Nie tak wciśniętych na siłę w ostatnie już wiadomości, tuż przed pożegnaniem. Zapomniałem, nie chciałem, wyleciało mi z głowy, chciałem to ukryć?
Nie.
Nie wiem.
To jest właśnie najgorsze. Nie potrafię nawet wytłumaczyć tego co się wtedy stało. Efekt motyla pokazał swoje najgorsze oblicze. Biję się ciągle teraz z myślami czemu to potoczyło się tak a nie inaczej. Już wiedziałem, że po tym co się dziś stało, nic więcej nie uda nam się osiągnąć.
A mogliśmy zrobić bardzo wiele.
Wyglądałaś tak pięknie, niczym żywcem wyjęta z mojej głowy. Właśnie tak widywałem Cię ostatnio w myślach, taki Twój obraz układał mi się podczas myślenia o Tobie.
Straciliśmy szansę.
Czy jeszcze kiedyś dostaniemy taką od losu?
Nie wie tego nikt.
Mogliśmy przesunąć naszą tajemniczą granicę
do nieskończoności
Jednak zbyt nieodpowiedni dobór słów
a zwłaszcza ich czas
zaprzepaścił szansę na w końcu coś wielkiego...
Chyba nie masz pojęcia co czułem wracając już do domu, gdy po raz ostatni dzisiejszego wieczoru powiedzieliśmy sobie "cześć". Pewnie ciągle uważasz, że to był zawód, smutek, rozczarowanie etc.
Nie. To była złość.
Byłem zły. Bardzo zły. I wiedziałem, że to wszystko tak naprawdę moja wina. Tych kilka słów zabrakło wcześniej, o odpowiedniej porze dnia i nocy. Nie tak wciśniętych na siłę w ostatnie już wiadomości, tuż przed pożegnaniem. Zapomniałem, nie chciałem, wyleciało mi z głowy, chciałem to ukryć?
Nie.
Nie wiem.
To jest właśnie najgorsze. Nie potrafię nawet wytłumaczyć tego co się wtedy stało. Efekt motyla pokazał swoje najgorsze oblicze. Biję się ciągle teraz z myślami czemu to potoczyło się tak a nie inaczej. Już wiedziałem, że po tym co się dziś stało, nic więcej nie uda nam się osiągnąć.
A mogliśmy zrobić bardzo wiele.
Wyglądałaś tak pięknie, niczym żywcem wyjęta z mojej głowy. Właśnie tak widywałem Cię ostatnio w myślach, taki Twój obraz układał mi się podczas myślenia o Tobie.
Straciliśmy szansę.
Czy jeszcze kiedyś dostaniemy taką od losu?
Nie wie tego nikt.
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Pół na Pół
Przetańczyliśmy razem całą noc
Nie zmarnowaliśmy tej wielkiej szansy danej nam od losu
I choć całość zakończyliśmy z uśmiechem na ustach
To wywróciliśmy się na najbardziej błahej rzeczy na świecie.
Już w samochodzie mówiłaś mi, że chcesz się dobrze bawić. Że ja, Ty, my nie możemy zniszczyć tego wszystkiego na co pracowałaś (bo moja rola była niewielka) od kilku miesięcy. Wiedziałem, że trzeba będzie wziąć się w garść i zaryzykować całe swoje "ja", aby to się udało.
Nie ma co narzekać i robić z siebie ofiarę. Oboje staraliśmy się. Niewinne słowa, gesty, spojrzenia wystarczyły żebyśmy oboje nie zwariowali i wszystko było po prostu najzwyklej w świecie "dobrze".
Tak, udało nam się. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. To mógł być nasz punkt zwrotny we wszelkich relacjach. Że o to jednak potrafimy dobrze spędzić tak wyjątkowy czas. Gdy wróciłem do domu nad ranem, gdy już odłożyłem telefon po rozmowie z Tobą czułem się szczęśliwy, że mogliśmy to razem przeżyć. Że mogłem Cię widzieć tamtego wieczoru piękniejszą niż kiedykolwiek przedtem. Że to właśnie Twoje dłonie mogłem trzymać przepuszczać przez nie miliony niewidzialnych impulsów miłości do Ciebie.
Jednak kim byśmy byli, gdybyśmy tego stanu nie popsuli. Znów coś/ktoś nam przeszkodził. Znów to był zbyt wielki hałas, zbyt słaby zasięg. I ponownie musieliśmy w niepokojącym milczeniu spędzać czas przy telefonie w oczekiwaniu na jeszcze jedno słowo.
Nie wiem co mogę jeszcze powiedzieć. Tak bardzo chciałbym żeby to nieporozumienie się skończyło. Ciebie męczy ciągłe powtarzanie, mnie dopytywanie. Co na to poradzić... nie mam pojęcia.
Moim jedynym pragnieniem jest teraz złapanie Cię za rękę i przytulenie się do Twoich miękkich, ciemnoblond włosów. Żebyś jeszcze raz mogła mi powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.
I to co się stało
nie ma absolutnie najmniejszego znaczenia.
Nie zmarnowaliśmy tej wielkiej szansy danej nam od losu
I choć całość zakończyliśmy z uśmiechem na ustach
To wywróciliśmy się na najbardziej błahej rzeczy na świecie.
Już w samochodzie mówiłaś mi, że chcesz się dobrze bawić. Że ja, Ty, my nie możemy zniszczyć tego wszystkiego na co pracowałaś (bo moja rola była niewielka) od kilku miesięcy. Wiedziałem, że trzeba będzie wziąć się w garść i zaryzykować całe swoje "ja", aby to się udało.
Nie ma co narzekać i robić z siebie ofiarę. Oboje staraliśmy się. Niewinne słowa, gesty, spojrzenia wystarczyły żebyśmy oboje nie zwariowali i wszystko było po prostu najzwyklej w świecie "dobrze".
Tak, udało nam się. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. To mógł być nasz punkt zwrotny we wszelkich relacjach. Że o to jednak potrafimy dobrze spędzić tak wyjątkowy czas. Gdy wróciłem do domu nad ranem, gdy już odłożyłem telefon po rozmowie z Tobą czułem się szczęśliwy, że mogliśmy to razem przeżyć. Że mogłem Cię widzieć tamtego wieczoru piękniejszą niż kiedykolwiek przedtem. Że to właśnie Twoje dłonie mogłem trzymać przepuszczać przez nie miliony niewidzialnych impulsów miłości do Ciebie.
Jednak kim byśmy byli, gdybyśmy tego stanu nie popsuli. Znów coś/ktoś nam przeszkodził. Znów to był zbyt wielki hałas, zbyt słaby zasięg. I ponownie musieliśmy w niepokojącym milczeniu spędzać czas przy telefonie w oczekiwaniu na jeszcze jedno słowo.
Nie wiem co mogę jeszcze powiedzieć. Tak bardzo chciałbym żeby to nieporozumienie się skończyło. Ciebie męczy ciągłe powtarzanie, mnie dopytywanie. Co na to poradzić... nie mam pojęcia.
Moim jedynym pragnieniem jest teraz złapanie Cię za rękę i przytulenie się do Twoich miękkich, ciemnoblond włosów. Żebyś jeszcze raz mogła mi powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.
I to co się stało
nie ma absolutnie najmniejszego znaczenia.
sobota, 3 stycznia 2015
Untitled
Znów. Znów czuć ten przygniatający upływ czasu.
Chyba nigdy nie miałem tak bardzo zakorzenionego w sobie uczuci, że tyle już za nami
A tak naprawdę przeżyliśmy raptem kilka dni.
Dokładnie 7 dni. Tydzień.
W czasie którego zdarzyło się wszystko co tylko mogło się między nami wydarzyć.
Boże Narodzenie. Jakoś tak się dziwnie składa, że bardziej milszy jest okres przedświąteczny. Wypełniony czekaniem, wspólnym przygotowywaniem, ubieraniem choinki etc. Wtedy też i my byliśmy ze sobą trochę bliżej niż zwykle. Nie marnowaliśmy dni wolnych, byliśmy razem. Kontynuowaliśmy po części to co zaczęło się dość niewinnym maratonem. Nie wiedziałem, że to będzie dla nas tak pozytywne przeżycie. Niby nic, a jednak coś.
Wszystko do tego 24. grudnia było magiczne. Nasze rozmowy, zachowanie, tęsknota po kolejnej godzinie rozłąki, pragnienia i szepty. Aż szkoda, że to tak szybko minęło.
W same święta czekałem tylko na te dwa wieczory, które mógłbym spędzić tylko i wyłącznie z Tobą. Dwa wieczory w ciągu całego roku, które są tylko dla nas. I cóż... Tak jak dawniej, ponownie wybuchliśmy, zamarliśmy i wkroczyliśmy na nowy szlak, który miał nas zaprowadzić gdzieś daleko.
Tak się jednak nie stało. Fakt, iż święta się skończyły uderzył nas z mocą nieporównywalnie większą od tej, drzemiącej w wiązaniach atomowych. Najpierw pierwsze, gorzkie rozczarowanie, że jednak nie wszystkie obietnice się spełniają. Nawet te, wymawiane najcichszym szeptem w stanie największego stężenia uczuć i emocje. A może jest tak, że nie spełniają się zwłaszcza takie...
Potem znów w nasze życie wkradł się sztorm. Długi, bolesny, ale wydaje mi się, że potrzebny. Chyba nigdy nie usiedliśmy tak naprzeciwko siebie i mówiliśmy co i jak nas boli, co jest źle, co można i trzeba zmienić bądź naprawić. Niestety, na przełomie lat nie udało nam się zachować czystego konta i jak zwykle musieliśmy (bo nie wiem i Ty też tego do końca nie wiesz czyja to była wina) coś zepsuć.
Na szczęście w porę się opamiętaliśmy i uratowaliśmy tamtą noc. Ufff.
Teraz sam już nie wiem jak to wszystko się potoczy. Niby wszystko jest dobrze, ale boję się, że to bardzo nietrwały stan. Że wystarczy nawet podmuch wiatru żeby znów coś tutaj się posypało. Zostało nam tak już niewiele czasu. Aby tylko przeżyć ten styczeń, luty już nie będzie taki pracochłonny. Oby tylko dotrwać jeszcze te kilkanaście dni.
Najbardziej bolą słowa. Słowa, które miały moc zmienić praktycznie wszystko, a mimo to zostały odrzucone i dryfują sobie gdzieś w oceanie zapomnianych myśli. Teraz nie mamy już możliwości na nasz wyczekany wyjazd, znów trzeba wszystko przekładać, odkładać, kombinować, planować.
A przecież to wszystko mogło być prostsze. Gdybyśmy tylko słuchali głosu swojego serca. Nie martwili się i planowali na zapas. Gdybyśmy dali się ponieść chwili, chwycili za ręce i razem dokonali niemożliwego. Może wtedy coś byłoby inaczej.
Jednak tak się składa.
Że w moim życiu nigdy nie może zabraknąć czekania.
Chyba nigdy nie miałem tak bardzo zakorzenionego w sobie uczuci, że tyle już za nami
A tak naprawdę przeżyliśmy raptem kilka dni.
Dokładnie 7 dni. Tydzień.
W czasie którego zdarzyło się wszystko co tylko mogło się między nami wydarzyć.
Boże Narodzenie. Jakoś tak się dziwnie składa, że bardziej milszy jest okres przedświąteczny. Wypełniony czekaniem, wspólnym przygotowywaniem, ubieraniem choinki etc. Wtedy też i my byliśmy ze sobą trochę bliżej niż zwykle. Nie marnowaliśmy dni wolnych, byliśmy razem. Kontynuowaliśmy po części to co zaczęło się dość niewinnym maratonem. Nie wiedziałem, że to będzie dla nas tak pozytywne przeżycie. Niby nic, a jednak coś.
Wszystko do tego 24. grudnia było magiczne. Nasze rozmowy, zachowanie, tęsknota po kolejnej godzinie rozłąki, pragnienia i szepty. Aż szkoda, że to tak szybko minęło.
W same święta czekałem tylko na te dwa wieczory, które mógłbym spędzić tylko i wyłącznie z Tobą. Dwa wieczory w ciągu całego roku, które są tylko dla nas. I cóż... Tak jak dawniej, ponownie wybuchliśmy, zamarliśmy i wkroczyliśmy na nowy szlak, który miał nas zaprowadzić gdzieś daleko.
Tak się jednak nie stało. Fakt, iż święta się skończyły uderzył nas z mocą nieporównywalnie większą od tej, drzemiącej w wiązaniach atomowych. Najpierw pierwsze, gorzkie rozczarowanie, że jednak nie wszystkie obietnice się spełniają. Nawet te, wymawiane najcichszym szeptem w stanie największego stężenia uczuć i emocje. A może jest tak, że nie spełniają się zwłaszcza takie...
Potem znów w nasze życie wkradł się sztorm. Długi, bolesny, ale wydaje mi się, że potrzebny. Chyba nigdy nie usiedliśmy tak naprzeciwko siebie i mówiliśmy co i jak nas boli, co jest źle, co można i trzeba zmienić bądź naprawić. Niestety, na przełomie lat nie udało nam się zachować czystego konta i jak zwykle musieliśmy (bo nie wiem i Ty też tego do końca nie wiesz czyja to była wina) coś zepsuć.
Na szczęście w porę się opamiętaliśmy i uratowaliśmy tamtą noc. Ufff.
Teraz sam już nie wiem jak to wszystko się potoczy. Niby wszystko jest dobrze, ale boję się, że to bardzo nietrwały stan. Że wystarczy nawet podmuch wiatru żeby znów coś tutaj się posypało. Zostało nam tak już niewiele czasu. Aby tylko przeżyć ten styczeń, luty już nie będzie taki pracochłonny. Oby tylko dotrwać jeszcze te kilkanaście dni.
Najbardziej bolą słowa. Słowa, które miały moc zmienić praktycznie wszystko, a mimo to zostały odrzucone i dryfują sobie gdzieś w oceanie zapomnianych myśli. Teraz nie mamy już możliwości na nasz wyczekany wyjazd, znów trzeba wszystko przekładać, odkładać, kombinować, planować.
A przecież to wszystko mogło być prostsze. Gdybyśmy tylko słuchali głosu swojego serca. Nie martwili się i planowali na zapas. Gdybyśmy dali się ponieść chwili, chwycili za ręce i razem dokonali niemożliwego. Może wtedy coś byłoby inaczej.
Jednak tak się składa.
Że w moim życiu nigdy nie może zabraknąć czekania.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)