czwartek, 20 listopada 2014

May I?

Myślałem, że już do tego nie dojdzie.
A jednak zaprzestaliśmy dalszych wojen
udowadniania kto jest silniejszy i twardszy
i po prostu zaczęliśmy cieszyć się sobą.

Nigdy nie zapomnę jak pięknie wyglądałaś tamtego wieczoru, podczas której później zachwycaliśmy się gestami pewnej lewej dłoni. To było tak nierealistyczne, że prawie niedorzeczne, iż coś takiego przeżyliśmy.
Bez szaleństw, na spokojnie, chcieliśmy spędzić jeszcze jedną minutę dłużej ze sobą. Tylko ten uciekający czas, kończący się niebawem nie pozwalał tak do końca rozbłysnąć i wybuchnąć. Mimo to pamiętam wyraz Twojej twarzy, to w co byłaś ubrana na początku i na końcu.
I te wspomnienia nie dają się tak łatwo wymazać z pamięci. Przywołuję je w pamięci za każdym razem, gdy kładę się spać. Oglądam Twoje zdjęcie wysłane mimochodem jeszcze przed wyjazdem. Jak dobrze, że udało mi się je ściągnąć. Jakże uboga byłaby moja kolekcja bez tej podobizny.

Jadąc później tramwajem rozmyślałem co takiego jeszcze nas czeka zanim wieczory podobne do tego, który właśnie przeżywaliśmy będą standardem w naszym życiu, a nie tylko z dawna wyczekiwanym świętem. Rozmawialiśmy, dużo tego dnia rozmawialiśmy. Dużo padło słów tych neutralnych jak i tych wyższych, od których łzy nabiegają do oczu.
Pamiętam Twój uśmiech, ten magiczny, kojący, rozpalający wszelkie istniejące żądzę. Połączony z niesamowicie wyostrzonym tonem Twojego głosu był w rezultacie źródłem jakichś dziwnych wibracji przeszywających moje ciało.

To ciekawe, że jeszcze kilka dni temu tyle chmur kłębiło się nad nami. To minęło, żyjemy dalej, mocniej, trochę głośniej niż zwykle. I choć nie zmieniło się AŻ tak wiele to mimo wszystko jest mi z tym dobrze. Nie wiem jak to określić, w sumie nie stało się nic wielkiego. Może tylko po prostu zresetowaliśmy swoje uczucia? To co złe zostało wymazane, zostało tylko przywiązanie, tęsknota, miłość...

Chciałbym jeszcze raz kiedyś przeżyć te kilka godzin na nowo. Tuląc Twoje ramiona, dotykając nieśmiało policzków i zamykając oczy słysząc Twój nierównomierny oddech.
Dni takie jak ten.
Nie zdarzają się raz na miesiąc czy nawet raz na rok.
Dla takich chwil warto czekać całe życie.

niedziela, 9 listopada 2014

Jeden Moment

Zgubiliśmy się
pogubiliśmy się
za bardzo, za mocno
za szybko.

Wczorajsza rozmowa nie była przyjemnością. Dużo słów, wielki potok wypłynął w końcu na zewnątrz. Nie chciałem tego, nie w takiej chwili, nie w taki sposób. Jednak już tego nie zmienię.
Chłód zmroził moje wnętrzności, gdy usłyszałem w odpowiedzi "aha".
Tego się nie spodziewałem. Że cały ten problem zostanie skwitowany krócej niż trwają dwa oddechy. Na początku złość, potem rozczarowanie, następnie zwątpienie... Czy nadal jest sens?
Sens trwania w takim stanie, na takich zasadach.

Dzisiejszy sobotni wieczór był naszym pierwszym spędzonym oddzielnie od... od zawsze. Odkąd tylko wybraliśmy wspólną ścieżkę życia to był nasz czas, którego nikomu nie pozwoliliśmy zaburzyć. Samochód mknął gdzieś po drodze, oczy wpatrzone w dal, ale to był nieobecny wzrok. Za dużo myśli nie pozwalało mi nawet spokojnie utrzymać się na swoim pasie.

Cały dzień ciszy. Czegoś takiego też chyba nigdy nie przeżyliśmy. Przełamałaś to wszystko krótkim pożegnaniem na dobranoc. To jakiś znak. Albo końca albo jakieś nowego, kolejnego początku.
Już rano coś zaczęło się na nowo. Usłyszałem kolejną piosenkę, która będzie już coś znaczyć w moim życiu. Czysty przypadek. A jednak widocznie tak musiało być.

Nie wiem co będzie jutro. Ciężki dzień czeka i Ciebie i mnie. Pewnie nie będziemy mieli znów dla siebie nic oprócz kilku urwanych słów. W obecnej sytuacji i tak byłoby to dużo.
Potem poniedziałek. Mieliśmy nadrabiać zaległości, a wszystko nagle tak się wykoleiło i złamało. Miało być zupełnie inaczej. Jest nie tak jak to zaplanowaliśmy.

Jeśli cokolwiek ostatnio planowaliśmy. Jeśli nie żyliśmy po prostu z dnia na dzień wypełniając upływające godziny jakąś podróbką dobrze spędzonego czasu. Narzekałem na milczenie w słuchawce telefonu? Teraz to milczenie będzie obijać się w mojej głowie przez długi czas. Aż w końcu nie rozsadzi mi czaszki.

To chyba nie będzie dobry weekend.
Jakże inny od ubiegłorocznego. Wtedy poznałem 98.3, totalny chillout i jedyne myśli, że przecież wszystko będzie dobrze.

Niestety nie powtórzę już tego stanu.
Rzadko się zdarza, aby coś było tak jak już było.
Ostatecznie jednak wierzę
Że jeszcze kiedyś
zanim odejdę
chwycimy swoje dłonie.

wtorek, 4 listopada 2014

Fault In Our Stars

Wydarzyło się coś niesamowitego.
Zbyt nieopisanego żeby móc to opisać.
To wszystko... nagle stało się takie puste
I sztuczne. W kontekście tego co zobaczyłem
To jest dobre słowo.

O Boże... co to było. Nie wiem co o tym sądzić. Co myśleć. Jak się zachować. Czuję w sobie, w środku taki ładunek emocji, smutnych emocji. Przenika mnie to do szpiku kości, nie umiem sobie z tym poradzić. Tak kac moralny po tym wszystkim. Dlaczego? Bo chciałbym przeżyć coś takiego. Bo chciałbym żeby i mi się coś takiego przydarzyło. Bo wiem, że nie mam na to obecnie szans...

Sztuczność. Wypełnia ostatnio moje dni. Godziny przelewają się jedna w drugą zacierając upływający bieg czasu. Telefon dzwoni. Milczy. Długo milczy, by rozbrzmieć znów na 6-7 minut. Ponownie cisza. Pospieszne "dobranoc" i to wszystko.
Mało. Dla mnie po prostu za mało.

Dziwne myśli kołują się po mej głowie. Ostatnio coraz częściej w mojej głowie uśmiecha się do mnie technologia OLED niż... no właśnie. Tyle rzeczy straciło ostrość, wyrazistość. Aż nie mam siły być z tego powodu zły. Znowu użyję tego słowa - smutek. Że coś ominęło mnie i nie ma szans na zawrócenie. A może jest. Ale już nie to miejsce, nie ten czas jak mówi piosenka.

Ciekawe jak to jest mieć obok siebie kogoś tak blisko, praktycznie przez cały czas być dostępnym dla drugiej osoby. Nie tylko w przerwach pomiędzy jedną a drugą książką. Ten drugi sposób rani, boli, wysysa wszelką chęć i radość z życia. Jest okrutny, bo pomimo wielu zapewnień i sprostowań to numer jeden jest oczywisty. Nie, to nie on pisze teraz ten wpis.

Gdyby tak zmienić chociaż jeden dzień w naszym ustalonym i uporządkowanym do granic możliwości tygodniu. Jeden dzień. Nie przed zeszytem czy komputerem, ale trzymając się za ręce przejść się gdzieś dalej niż kilka ulic dalej. Tak niewiele. A jednak tak dużo. Patrzyłem w ekran i widząc jakże odmienne od naszych zachowania i zwyczaje, budziła się w mnie cząstka świadomości, która chciała wykrzyczeć "Nie", "Stop", "Dość".
Może sobie krzyczeć. I tak nie zostania usłyszana. Jeśli znajdzie jednak jakiś sposób na ujście zostanie natychmiast wytłumiona i zapomniana na jakiś czas. Później znów może próbować się buntować, ale nie odniesie to większego skutku. Przerabiałem to już dziesiątki razy. To nie jest mój wymarzony, idealny świat. To jakaś imitacja tego co przez lata nosiłem w mojej głowie. Że przecież wszystko będzie pięknie, romantycznie, do utraty tchu,

Teraz muszę trwać w tym co przyniósł los. W myślach będę powtarzał to co chciałbym urzeczywistnić, wprowadzić w życie, zrealizować, a co na zawsze (z pewnymi ograniczeniami) pozostanie już tylko w granicach mojego umysłu.

Smutek. Wielki, ogromny.
Bo też tak jak tam:
To nasza tylko, nie gwiazd naszych wina.

czwartek, 30 października 2014

Strzał W Ciemności

Nawet nie wiesz
nawet nie masz pojęcia
jak chciałbym żeby to już był koniec
żeby to całe szaleństwo się już skończyło.

Dni mijają, lata płyną, a my wciąż tacy sami.
Zatrzymaliśmy się w miejscu, rzadko teraz udaje nam się przeskoczyć teraźniejszość i wybiec myślami chociaż trochę do przodu. Liczy się tylko tu i teraz. Dla Ciebie.
Dla mnie... chyba najważniejsze jest to co było. To co mnie określiło do chwili, w której nawet piszę te słowa. Niekończące się rozpamiętywanie o przeszłości, że kiedyś wszystko było okej, że było tu w środku tak ciepło, tak miło. Codziennie. Nie tylko przez kilka godzin w tygodniu. To okrutne, że tak się toczą nasze losy. Razem... a jednak tak daleko. Odległość, którą odmierza się TYLKO w kilometrach. Zabawne jak się to wszystko zdążyło pozmieniać...

Hm? Pozmieniać? Czy ja dobrze piszę? Przecież podobno wszystko jest po staremu... Nic nie jest.
Myślę wciąż i przywołuję w pamięci momenty średniego wykształcenia. Że to jednak nie był wcale taki zły okres. Najpierw niemrawo, dość wyblakłe wspomnienia błąkają się po mej głowie z samych początków tego przedziału. Potem chwila załamania i... życie. Prawdziwe, takie jak w serialach. Przynajmniej przez kilkanaście tygodni. Następnie znów gruba kreska i kolejna rozpoczęta opowieść.
Historia, która zaczyna i kończy się na kolorach czerwieni i czerni.

Teraz te wszystkie pojedyncze składniki całego obrazu przeszłości nie mają już żadnego znaczenia i nie oddziałują na rzeczywistość choćby w najmniejszym stopniu. Muszą się one zadowolić nękaniem mojego umysłu co jakiś czas. A ja staram się udawać, że już mnie to nie obchodzi, że to było dawno i nieprawda. Że teraz jest coś czym trzeba żyć i czym się przejmować.

Tak jednak nie jest. Dlaczego? Nie wiem... Emocje niewypowiedziane do końca, nie w tym momencie, zostały bezczelnie stłumione i niedopuszczone do głosu. Czy to źle? Ostatecznie wychodzi na to, że nie. Gdybanie pozostawiam innym ludziom. To moje brzemię i to ja będę musiał się kiedyś z niego rozliczyć. Ilu ludzi odeszło, ilu sam odstawiłem na boczny tor, ilu obietnic nie zdołałem dotrzymać, a z ilu inni się nie wywiązali... Jak wiele rozmów, smsów, wiadomości, nieznacznych gestów i miłych drobnostek przewinęło się przez ten czas. Czekolada jak narkotyk, baton i wiśniowy tymbark, obrazek na kartce A4, smsy znikąd do utraty tchu, odrzucony szept przy zbyt nastrojowej muzyce. Nic nie będzie już takie jak kiedyś. Jakże ta prawda jest bolesna w końcu przychodzi taki moment i uświadamiamy sobie, że wehikuł czasu...

... nie istnieje. Nie będzie już takich zachodów słońca, już nigdy gwiazdy nie ułożą się w takie konstelacje, już nigdy nie będzie nocy rozświetlał nam ten sam księżyc. Nie wiem co powiedzieć. Czuję się rozdarty. Pomiędzy mną a mną panuje zbyt wielki dysonans uczuć.
Odległość rani, zabija, odbiera chęć do życia. Niby jeszcze tylko kilka miesięcy... A ile jeszcze niedokończonych rozmów, negatywnych emocji mimowolnie wyczuwanych przez telefon... ile jeszcze smsów, na które nigdy już nie otrzymam odpowiedzi.

To pierwszy wpis robiony w moim nowym świecie drugiej generacji. Chciałbym popatrzeć gdzieś tak z boku, bardziej obiektywnie jak zmieniłem się przez te prawie dwa i pół roku. Jak zmieniła się nasza relacja. Tego jestem pewny, nie jestem tylko przekonany co do skali tych zmian.
Jak zmieniały się cienie za naszymi plecami, których baliśmy się, że coś popsują.

Długi wpis. Długie przemyślenia i refleksje w ciemnym pokoju o godzinie 2:53, gdy cisza cięższa jest od ołowiu. Gdy myśli w ogóle się nie kleją tylko przelewają z jednej części mózgu do drugiej.
Chciałbym móc Ci to wszystko opowiedzieć. Nieskładnymi słowami, zdaniami budowanymi według zasad jakiejś nieziemskiej gramatyki.
Przez śmiech i przez łzy. Słowa bolesne i bardzo lekkie. Myśli czyste i te pobrudzone zaburzonym postrzeganiem rzeczywistości. To co dobre i to co złe.
Tylko Tobie.
Jeśli kiedykolwiek zechcesz posłuchać.

sobota, 18 października 2014

Nie Pozwól Świecie

Pusto tu jakoś
I nic nie mówisz
Nie wiem czy mam zacząć coś mówić
Czy to może jednak jeszcze za wcześnie.

Kolejny dzień, kolejna zbyt długo przespana noc.
Dobrze się spało, prawda? Tylko, że to nie będzie trwać w nieskończoność.
Lubię najbardziej noc kiedy słowa wręcz same schodzą na klawiaturę.
Nie wiem czy wiesz o czym mówię, o tym wyższym stanie upojenia ciemnością.

Dawno nie było między nami czegoś więcej niż tylko kilka słów.
Zaniechana została jakakolwiek bliższa bliskość, którą kiedyś mieliśmy na wyciągnięcie ręki.
Zabrano nam nawet ten jeszcze jeden dzień tygodnia
Który był świętością od niepamiętnych czasów.
Od samego naszego początku.

Muzyka, przy której traciłem w smutku kiedyś czas
Dziś wywołuje tylko uśmiech po rozbijających się przypadkiem po głowie wspomnieniach.
Że były kiedyś cieplejsze lata i bywały zbyt surowe zimy.
Jesień nie była taka pusta.
I to pomimo za małej ilości osób na metr kwadratowy.
Wtedy, pomimo wewnętrznego załamania łatwiej było kroczyć z dnia na dzień, coraz bardziej przeciągając nieznane na jeszcze jedną jednostkę życia.
To był dobry czas. Nie mówię, że teraz jest źle. Po prostu inaczej.

Miało się tych kilka lat mniej. Wszystko było prostsze i łatwiej dało się ułożyć.
Wiem, że to czysta hipokryzja mówić o tym teraz, z perspektywy czasu wiele rzeczy wydaje się być innymi niż kiedyś.
Jednak rzeczywistość tamtego okresu była tak bardzo nierzeczywista.
Nieprzypadkowe zbiegi okoliczności zbyt mocno wtargnęły w moje życie. Coś co teraz wydawałoby się trudnym zadaniem wtedy było błahostką. Ilość chromosomu X wokół mnie przekraczał wszelkie dopuszczalne stężenia. Po drodze jednak część wyblakła, wytarła się i zwyczajnie zniknęła.
Nie wiem dlaczego darzę to takim sentymentem.
Może dlatego, że byłem szczęśliwy. Tak najprościej jak tylko można. Gdy każdy dzień traktuje się jako kolejną przygodę. Pamiętam smak tamtej kawy i kanapek, które smakowały wyjątkowo. Wtedy...

Nie wiem co Ci na to powiedzieć. Jak zrozumieć ten przykry ciąg zdarzeń, który rani mnie niejawnie każdego dnia. Kumulacja negatywnych uczuć przychodzi w takich momentach jak ten, w którym to piszę. Gdy zdaję sobie sprawę jak sztuczne są moje dni. Jak bardzo wypełnione czymś co w żaden sposób nie czyni mnie ani lepszym ani gorszym człowiekiem.
Stagnacja. Zastanie. Utknięcie w miejscu.
Już chyba lepiej byłoby pozbyć się jakiegokolwiek celu i iść zwyczajnie naprzód.
Jednak to niemożliwe. Nie teraz. Nie w tym momencie.
Za późno. Przegapiłem tę chwilę.
Przegrałem.

środa, 10 września 2014

O ile zechcesz

Wybacz mi.
Że tak późno.
Że dopiero teraz.
Piszę.

Rozpoczęliśmy kolejny etap naszej wędrówki.
Co mamy dla siebie po tym ponad już tygodniu?
Wymęczone piątki, urwane soboty i smutne, nie dające nadziei niedziele.
Reszta dni to tylko oczekiwanie na kilka chwil, które są być może najważniejsze w tygodniu.

Czy tak musi być? Ale co takiego?
Poniedziałek do czwartku przewracam się z kąta w kąt nasłuchując dźwięku telefonu.
Bo może napiszesz, bo może się jakoś odezwiesz.
Jestem zły na siebie. Że pozwoliłem doprowadzić samego siebie do takiego stanu.
Co mam robić, gdy tego dźwięku nie słyszę?
Przecież trzeba czymś się zająć, poczytać, pograć w coś, iść na spacer.
A mnie tak się nie chce... brakuje tej "iskry", którą możesz we mnie zapalić jednym, miłym słowem.

Takie puste wydają się te dni. Nie ma w nich treści, co gorsza nie wiem czym je w ogóle wypełnić.
Może się czegoś pouczę. Ależ ile można...
Wiesz... chciałbym kiedyś po prostu przyjść do Ciebie, wziąć Cię za rękę, poczekać aż zawiążesz buty. I wtedy ruszyć z Tobą gdzieś daleko, nieważne gdzie - po prostu ukraść Cię na kilka godzin.
Bez narzekania, bez myślenia o tym co jeszcze trzeba zrobić, ile zajęć czeka.
Być tak wolnym. Razem. We dwoje. Jak chyba jeszcze nigdy.

Powiesz mi, że musimy to przeczekać. Że może kiedyś będzie inaczej.
Pytam kiedy, Ty tylko się wymijająco uśmiechasz.
Myślisz, że za rok będzie lepiej? Wątpię.
Nie mówię nic, zagryzam wargi, wstrzymuję usta. Nie mówię nic.
A ileż słów gotuje się we mnie, a najczęściej powtarzają się niezrozumiałe przymiotniki i przysłówki pisane łącznie z  "nie". Nie mogę, nie chcę, nie potrafię...

Uciec gdzieś daleko. Mieć plecak, w nim butelkę wody, w portfelu bilet na najbliższy pociąg a w kieszeni kamień znaleziony nad brzegiem jeziora. Tyle. Tylko tyle. Aż tyle?
Nie odpowiadaj. Odpowiedź przecież dobrze znam. Może to i lepiej.,,
Cały świat mieć na wyciągnięcie ręki.
To chyba... jeszcze nie teraz.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Again, Again, Again...

Minęło tak wiele dni odkąd spłynęło tu moje ostatnie słowo.

Dziś po raz kolejny odczuwam potrzebę wyrzucenia z siebie czegoś co tak bardzo zalega mi w sercu i w jakimś niezidentyfikowanym miejscu pod sercem. Coś się popsuło, coś nie wyszło. Chociaż może bardziej bliższe prawdy jest stwierdzenie, że coś po prostu runęło.

Kilka minut emocji, zbyt górnolotnych, zbyt pierwotnych, zbyt niepohamowanych.
I żal.
O kilka słów za dużo, o jeden ton za bardzo podniesiony głos.

Teraz już nie wiadomo jakich użyć słów, co wybrać z nieskończonego zbioru możliwości, w której wersji rzeczywistości odnajdziemy się, gdy sen już na dobre wyjdzie z naszych ciał.

Trzeba będzie żyć dalej, iść przed siebie...
W jaki sposób?
Nie wiem.

Nie wie tego nikt.

czwartek, 6 lutego 2014

Collect Call

Mam 10 minut na pisanie.
Po tym czasie skończy się już piosenka
Zamilknie muzyka
I umrę razem z nią cicho sącząc szept...

Nie umiemy pogodzić siebie i ze sobą upływającego nam wciąż czasu. Pragniemy siebie coraz częściej choć niestety też ciszej. Długie monologi przeplata pustka nie wypełniana przez cokolwiek, co może być dla nas w jakikolwiek sposób znaczące.
Może rzeczywiście wszystko jest odrobinę zbyt poetyckie? Może ciastko ma zbyt grubą warstwę lukru? Może to jednak coś w nas? Tak wiele pytań i tak mało minut zostało, aby znaleźć odpowiedź. Niepogodzeni z własnym losem, pchani przez coraz to inne szczęście przychodzące czasem z najbardziej niespodziewanych stron.
Może to ja nie umiem po prostu wykrzyczeć w słuchawkę tego co opisuję za pomocą dziesiątek przymiotników i porównań zapominając jak brzmią słowa bardzo proste i konkretne. Nie pomaga to nam stawiać następnych kroków. W zaciszu internetowego świata mam wrażenie, że tylko mój krok jest naprzód. Wszystkie inne to chód w miejscu. W dodatku nie ma z tego miejsca ścieżki ewakuacyjnej. Za późno. Utknęliśmy tu na dobre...

Chciałbym należeć do tej grupy osób, które nie przejmują się jutrem i żyją chwilą, tym co jest tu i teraz. Które nie piszą wielkoznaczeniowych bzdur nie ubierając tego w metafory nie mające odniesienia w rzeczywistości.
Chciałbym, żebyś była tutaj - szczęśliwa - ze mną, dzieląc tę codzienność, której ciągle sobie odmawiamy. Jak kolejnej łyżeczki cukru myśląc, że wszystko jest już okej.

Żyjemy w błędzie popełnionym wiele miesięcy temu.
Nie mam żalu o to.
Bo mógłbym go mieć tylko i wyłącznie do siebie.

Że zbyt szybko i zbyt mocno
pozwoliłaś sobie zamieszkać w moim sercu...

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Stan nieustalony

Już dawno nie pisałem do Ciebie kolejnego niewysłanego listu.
Już tyle czasu minęło odkąd opuściliśmy bezpieczne progi naszych domów.
Przeszliśmy razem kolejne zakręty,
Minęliśmy następne mosty podbudowane na naszej drodze,
abym teraz mógł siedzieć w ciemnym pokoju
i mieć cichą nadzieję.

Że kiedyś to może przeczytasz.

Niby nic, tylko kolejne urodziny w naszym życiu.
Tak blisko. Tak obok siebie.

Jedna z niewielu nocy, gdy mogliśmy wspólnie rozmawiać, tańczyć, jeść razem chipsy i pić sok. Gdy mogliśmy tak po prostu siedzieć obok siebie i milcząc obserwowaliśmy całą resztę. Czułem zapach Twoich perfum i w chwilach, gdy na moment musiałaś zniknąć wspominałem wszystkie nasze dotychczasowe sukcesy i porażki.
Jesteś teraz jednak tak daleko, "Ty w Londynie ja tu...". Przez kilkadziesiąt ostatnich minut, od czasu gdy Twój głos umilkł w słuchawce telefonu życząc mi kolorowych snów, czułem, że tak bardzo mi go brakuje na co dzień. Kiedyś, gdy słońce świeciło mocniej i dłużej zawsze mogłem liczyć na szczęśliwy traf i przyjechać do Ciebie w środku tygodnia tylko po to żebyśmy mogli opowiedzieć sobie jak minął dzień. Teraz takiej możliwości już nie mam.
Mimo to tęsknię tak samo jak wtedy, tak jak i rok temu, tak jak za pierwszym razem, tak jak wczoraj... Czekam pół dnia aż wrócisz do domu, aż będziesz miała chwilę na rozmowę przez telefon. Moje życie toczy się w niejednostajnym, ale dość spokojnym rytmie pomiędzy jedną a drugą naszą rozmową. Za każdym razem staram się skraść Ci chociaż kilka dodatkowych minut, abym tylko nie musiał pogrążać się w ciszy otaczającego mnie świata. Cichego, bo brakuje w nim Ciebie.

Kilka godzin, które możemy spędzić ze sobą między jednym a drugim powrotem to wszystko co mamy. Wszystko co możemy mieć. Wiem, że nie zawsze dobrze wykorzystujemy ten czas przeznaczając go na niepotrzebne kłótnie i spięcia. Może jednak następnym razem już wszystko będzie tak jak dawniej? Wspólnie wypijemy szklankę herbaty, porozmawiamy o tym o co nam w ogóle chodzi...

I jeszcze jeden raz powrócimy do siebie. Między jednym a drugim powrotem.
Tylko my.