To już ostatni nasz tydzień. Ostatni, gdy tylko Ty jesteś w wirze wszelkich wydarzeń, a ja trochę stojąc z boku czekam na wolną chwilę. Wtedy będę mógł podnieść telefon i znów pochłaniać myśli, emocje i przeżycia tworząc je z różnych dźwięków Twojego głosu.
Już za chwilę zostawię całe swoje wakacje, wkroczę w nieprzychylną mi jesień, która zabiera, a nie daje nic w zamian. Rok temu zabrała mi Ciebie. Drugi raz na to nie pozwolę.
Zimne powietrze przenika na wskroś nasze płuca i orzeźwia umysł po tych wszystkich tygodniach wspólnej beztroski kiedy słońce na niebie świeciło dłużej niż trwają nasze trzy przyspieszone oddechy. Chcę złapać Cię za rękę i zabrać gdzieś gdzie nie będziemy martwić się o wspólne jutro.
Umieram dziewiąty raz nie mogąc zobaczyć Twojej twarzy. Gdy z mojej dłoni ucieka ciepło tych jednych jedynych rąk, które chciałbym trzymać tak do końca swoich dni... czuję, że życie przecieka mi przez palce i rozpaczliwie, lecz daremnie próbuję chociaż zwolnić jego przepływ.
Każdy dzień czeka tylko na swój koniec, gdy możemy spędzić kilka minut tylko razem. Jak zawsze ktoś nam przeszkodzi, dosiądzie się nieproszony lub po prostu będzie stał obok nas nie pozwalając nam się cieszyć sobą. Odchodzimy później trzymając w ustach jeszcze kilka słów, które nie mogły się wydostać w obawie przed niezrozumieniem. Mokniemy w deszczu wielkich uczuć przerastających czasem nasze możliwości. Nie wystarczy nam tylko powiedzieć, że jesteśmy tu z sobą i dla siebie. Oczekujemy czegoś więcej. Nie mówimy o tym, a potem tak bardzo uderza nas brak drugiej osoby w trakcie samotnego i już nie tak słonecznego poranka jak dawniej.
Może jeszcze raz zadzwonię i zapytam "co tam". Serce będzie waliło jak oszalałe ze strachu, że jeszcze przyjdzie czas, gdy będziesz zajęta. Kradniemy chciwie sobie naszą uwagę jak gdyby nie było ważniejszych spraw na świecie. Dla mnie nie ma. Numerem jeden jesteś tylko Ty.
I czy ma to jakieś znaczenie czy nie
czy zapomnieli o nas już wszyscy
to nie tracimy nadziei...
niedziela, 22 września 2013
niedziela, 1 września 2013
In The End
Błysk. Zniewalająca eksplozja uczuć, myśli, przepływających obrazów i niezrozumiałych szumów.
Tak kończą się właśnie nasze pierwsze, spędzone razem wakacje.
Wyjeżdżając dziś, zostawiłaś wszystkie wspólne chwile przeciągane w nieskończoność, aby jak najdłużej mogły pozostać "nasze". W oddali zobaczyłem tylko zamazaną sylwetkę samochodu, którym jechałaś na spotkanie nowej rzeczywistości, w której obydwoje musimy teraz się odnaleźć.
Wmawiam sobie, że to przecież nie koniec świata. Że nie milkniesz przecież na wieki, że zawsze będę miał w odwodzie wieczorne powroty ostatnim autobusem do domu oraz te krótkie weekendowe dni.
Powoli uświadamiam sobie tęsknotę, jaką los obdarzył mnie przynajmniej na ten jeszcze miesiąc. Czuję, że jesteś w podobnej sytuacji, że też chciałabyś coś zmienić wokół, wokół nas... Nie mam monopolu na przejmowanie się i zamartwianie. Boję się, tak bardzo, że czasem ten strach odbiera mi siły do stawiania dalszych kroków. Przejmujące zimno paraliżuje mnie, gdy nie ma Ciebie obok i choć przecież nie jesteś tak daleko, to nie możesz usiąść obok i pozwolić mi upajać się zapachem Twoich włosów.
Na następne dni nie mam nic oprócz kilku piosnek, pustego krzesła obok i niewysłanego jeszcze do Ciebie listu. Ale już niedługo znów będę mógł Cię zobaczyć i chwycić Twoją dłoń.
Ciągle wierzę, może dlatego, że chcę wierzyć, że to tak naprawdę początek.
Czegoś nowego, niespotykanego dotychczas w moim życiu.
Iż nie będziesz w nim na 15 minut, zostaniesz dłużej.
Tak do końca, do bólu, do łez wyciskanych z poczucia pustki.
Będę czekał na taki koniec.
czwartek, 29 sierpnia 2013
Dobrze, Że Jesteś
Bez Ciebie nic już nie jest takie samo.
Pusto, smutno i cicho wokół mnie, gdy telefon milczy, a wzrok jednostajnie wbija się migający obraz na monitorze komputera.
Gdy tak wspominam poprzednie dni/miesiące/lata lubię wykorzystać do tego muzykę. Posłuchać piosenek, których słuchałem w konkretnym okresie mojego życia. Gdy zmieniałem swoją rzeczywistość spędzając najwięcej czasu w pociągach mając w ręku stary telefon i słuchawki z rozpadającym się wejściem. Dźwięki przelatywały przeze mnie jeden po drugim obijając się ciągle o myśli o Tobie.
Pamiętam monotonne krajobrazy łąk i pól przeplatane surowością ekranów akustycznych pozwalających swobodniej błądzić wyobraźni. Tęskniłem za Tobą, choć nie powinienem. Przywoływałem w głowie obrazy naszych - jakże krótkich i często przypadkowych - spotkań, rozmów i uśmiechów. Gdy coś ściskało mnie za gardło, abym tylko nie mówił Ci "cześć" i zniknął wraz z odjeżdżającym szynobusem.
Gdy nasze milczenie przerodziło się w obsesję, codziennie prowokując się nawzajem do przełamania tego szaleństwa.
Wspominam powroty do domu ulicami, które spały podczas samotnego spaceru ze stacji PKP do domu cichymi ścieżkami wypełnionymi jedynie żółtym światłem latarni.
Czy wiesz jak to jest, gdy cały świat skupia się tylko na jednej osobie i nie możesz sobie poradzić właściwie z niczym, bo w głowie ciągle masz tylko tę jedną jedyną twarz, którą chciałbyś jeszcze raz zobaczyć?
Gdy nie masz siły nawet płakać, najchętniej tylko leżałbyś i patrzył w sufit w całej swej niemocy i bezradności. Gdy dłonie zaciśnięte do bólu wystukują rytm serca tak bardzo głodnym uczucia TEJ, dla której oddałbyś całe swoje życie.
Pamiętam te samotne wieczory wsłuchując się w smutne dźwięki tkwiące gdzieś za horyzontem świadomości. Przypominające się w najmniej odpowiednich momentach.
Pamiętam tę pustkę, która tak trudno i powoli zapełniała się od każdego Twojego uśmiechu.
Nie wiedziałem jeszcze, że to właśnie wtedy, że właśnie od tamtych chwil...
...aż do teraz. Jesteś obok, blisko mnie. Razem
Cieszę się, że znów jesteś.
Bo wiem, że to Ty uratowałaś moją duszę przed zniknięciem. Bo wiem, że tylko Ty możesz mnie uratować.
Nie jutro, nie za rok.
Dziś.
Pusto, smutno i cicho wokół mnie, gdy telefon milczy, a wzrok jednostajnie wbija się migający obraz na monitorze komputera.
Gdy tak wspominam poprzednie dni/miesiące/lata lubię wykorzystać do tego muzykę. Posłuchać piosenek, których słuchałem w konkretnym okresie mojego życia. Gdy zmieniałem swoją rzeczywistość spędzając najwięcej czasu w pociągach mając w ręku stary telefon i słuchawki z rozpadającym się wejściem. Dźwięki przelatywały przeze mnie jeden po drugim obijając się ciągle o myśli o Tobie.
Pamiętam monotonne krajobrazy łąk i pól przeplatane surowością ekranów akustycznych pozwalających swobodniej błądzić wyobraźni. Tęskniłem za Tobą, choć nie powinienem. Przywoływałem w głowie obrazy naszych - jakże krótkich i często przypadkowych - spotkań, rozmów i uśmiechów. Gdy coś ściskało mnie za gardło, abym tylko nie mówił Ci "cześć" i zniknął wraz z odjeżdżającym szynobusem.
Gdy nasze milczenie przerodziło się w obsesję, codziennie prowokując się nawzajem do przełamania tego szaleństwa.
Wspominam powroty do domu ulicami, które spały podczas samotnego spaceru ze stacji PKP do domu cichymi ścieżkami wypełnionymi jedynie żółtym światłem latarni.
Czy wiesz jak to jest, gdy cały świat skupia się tylko na jednej osobie i nie możesz sobie poradzić właściwie z niczym, bo w głowie ciągle masz tylko tę jedną jedyną twarz, którą chciałbyś jeszcze raz zobaczyć?
Gdy nie masz siły nawet płakać, najchętniej tylko leżałbyś i patrzył w sufit w całej swej niemocy i bezradności. Gdy dłonie zaciśnięte do bólu wystukują rytm serca tak bardzo głodnym uczucia TEJ, dla której oddałbyś całe swoje życie.
Pamiętam te samotne wieczory wsłuchując się w smutne dźwięki tkwiące gdzieś za horyzontem świadomości. Przypominające się w najmniej odpowiednich momentach.
Pamiętam tę pustkę, która tak trudno i powoli zapełniała się od każdego Twojego uśmiechu.
Nie wiedziałem jeszcze, że to właśnie wtedy, że właśnie od tamtych chwil...
...aż do teraz. Jesteś obok, blisko mnie. Razem
Cieszę się, że znów jesteś.
Bo wiem, że to Ty uratowałaś moją duszę przed zniknięciem. Bo wiem, że tylko Ty możesz mnie uratować.
Nie jutro, nie za rok.
Dziś.
niedziela, 18 sierpnia 2013
W Tę Niekończącą Się Noc
Wymuszone dni ciszy, które nie chcą się zapełnić żadną inną treścią.
Gdy w głowie tylko szumi mi jednostajna pustka i oczekiwanie
Na jeszcze jeden Twój telefon.
Zaczynam dzień i nie sięgam już ręką pod poduszkę wiedząc, że i tak nie możesz mnie obudzić i powiedzieć choćby kilku słów. Wstaję więc w ciszy, cicho ubieram się i próbuję zjeść śniadanie nie wydając żadnego przy tym dźwięku. Mijają godziny, gdy znów możesz odezwać się na kilka minut, dla których omijam cały mój dzień - by tylko Cię usłyszeć.
Nie wiem czy poradzę sobie z tym nowym dla mnie stanem - permanentnego zostawienia i powracającej jak bumerang samotności. Czekam na Twój powrót. I chociaż wiem, że nie będziemy mieli tyle czasu, aby odzyskać ten utracony czas...
To chciałbym żebyś po prostu tutaj była.
środa, 31 lipca 2013
Exodus
Zbyt szybko i zbyt daleko.
Krztuszę i dławię się tą niedającą się zapełnić odległością.
Z jakiegoś powodu nie możemy zbliżyć się na odległość naszych słów.
I gdy gwiazdy znów gasną na niebie,
nie ruszam się z miejsca myślami błądząc po Twoich ramionach.
Krztuszę i dławię się tą niedającą się zapełnić odległością.
Z jakiegoś powodu nie możemy zbliżyć się na odległość naszych słów.
I gdy gwiazdy znów gasną na niebie,
nie ruszam się z miejsca myślami błądząc po Twoich ramionach.
sobota, 6 lipca 2013
Lato Do Utraty Tchu
Zamykamy razem oczy i odpływamy stąd.
W bezkres nocy, trochę późnych już pożegnań i przedwczesnych uliczek bezbrzeżnego zdumienia.
Że to jeszcze nie jest koniec.
Trochę słabszym niż zazwyczaj głosem, czasem łamiącym się w pół objawiasz mi rzeczywistość, w której nie ma miejsca na pomyłki. Wszystko co jest już za nami musiało i tak prędzej czy później pojawić się w naszych umysłach i szaleńczo zawładnąć nimi - aż do utraty tchu.
Powątpiewającym wzrokiem patrzymy w dal i pytamy sami siebie czy dalej będzie tak jak jest. Dorastamy, rośniemy w siłę i opowiadamy o naszej wspólnej historii bardzo małej liczbie przyjaznych uszu.
Używamy zbyt dużo czasowników bezosobowych, a za mało przymiotników, które określiłby w końcu nasz wspólny cel. Być razem i nie mieć celu? To nie tak jak się wydaje na pierwszy rzut oka.
Przeprowadzamy badania środowiskowe sprawdzając ciągle dokąd możemy dojść, gdy ciemność na chwilę razi nasze oczy. Nie ma już wymuszonych uśmiechów, zatrzymanych gestów czy nietypowych słów - a zatem czy jest już jak być powinno?
Nie pamiętam kiedy już moje myśli były tak zdominowane jednym pragnieniem - zobaczenia Ciebie choćby i przez kilka minut. Omijamy bezpieczny ląd, świadomie chcemy iść przez burzę i nie boimy się jej, bo wiemy, że razem zawsze możemy dać radę.
Jadąc pociągiem do Krańca Świata jeszcze nie myślimy o ostatniej stacji. Podziwiamy krajobrazy i zgadujemy jaki będzie następny przystanek.
Ostatnie tchnienie ciepłych dłoni. Gdy znów będą musiały czekać na ponowne rozgrzanie.
Pochylamy się i szepczemy wspólnie doskonale nam znane słowa,
że lato dopiero się przecież zaczyna.
W bezkres nocy, trochę późnych już pożegnań i przedwczesnych uliczek bezbrzeżnego zdumienia.
Że to jeszcze nie jest koniec.
Trochę słabszym niż zazwyczaj głosem, czasem łamiącym się w pół objawiasz mi rzeczywistość, w której nie ma miejsca na pomyłki. Wszystko co jest już za nami musiało i tak prędzej czy później pojawić się w naszych umysłach i szaleńczo zawładnąć nimi - aż do utraty tchu.
Powątpiewającym wzrokiem patrzymy w dal i pytamy sami siebie czy dalej będzie tak jak jest. Dorastamy, rośniemy w siłę i opowiadamy o naszej wspólnej historii bardzo małej liczbie przyjaznych uszu.
Używamy zbyt dużo czasowników bezosobowych, a za mało przymiotników, które określiłby w końcu nasz wspólny cel. Być razem i nie mieć celu? To nie tak jak się wydaje na pierwszy rzut oka.
Przeprowadzamy badania środowiskowe sprawdzając ciągle dokąd możemy dojść, gdy ciemność na chwilę razi nasze oczy. Nie ma już wymuszonych uśmiechów, zatrzymanych gestów czy nietypowych słów - a zatem czy jest już jak być powinno?
Nie pamiętam kiedy już moje myśli były tak zdominowane jednym pragnieniem - zobaczenia Ciebie choćby i przez kilka minut. Omijamy bezpieczny ląd, świadomie chcemy iść przez burzę i nie boimy się jej, bo wiemy, że razem zawsze możemy dać radę.
Jadąc pociągiem do Krańca Świata jeszcze nie myślimy o ostatniej stacji. Podziwiamy krajobrazy i zgadujemy jaki będzie następny przystanek.
Ostatnie tchnienie ciepłych dłoni. Gdy znów będą musiały czekać na ponowne rozgrzanie.
Pochylamy się i szepczemy wspólnie doskonale nam znane słowa,
że lato dopiero się przecież zaczyna.
wtorek, 14 maja 2013
Modlitwa
Panie Boże,
wybacz mi, że czuję się trochę zagubiony,
wybacz mi, że nie umiem sam określić swoich uczuć,
wybacz mi, że zapomniałem trochę o co mi chodziło,
wybacz mi, że zbyt szybko przesuwam granicę tajemnicy istnienia,
wybacz mi, że omijam teraźniejszość,
wybacz mi, że nie zawsze myślę we właściwy sposób,
wybacz mi, że czasem brakuje mi słów,
wybacz mi, że często ulegam słodkiemu nienasyceniu,
wybacz mi, że zbyt często pragnę poczuć zapach róży,
wybacz mi, że tu jestem,
wybacz mi, że czasem robię źle...
wybacz mi moje wątpliwości czy umiem wybierać właściwie,
wybacz mi moje niezdecydowanie,
wybacz mi, że czasem inaczej projektuję przyszłość,
wybacz mi, że brakuje mi dźwięku metafizyki w tym bliskim mi głosie,
wybacz mi za długi sen,
wybacz mi moją bezczynność,
wybacz mi te wszystkie błędy, których mogłem uniknąć, a które doprowadziły do zatracenia sensu,
wybacz mi błędy młodości,
wybacz mi moje stracone szanse na normalne życie,
wybacz mi chwile zwątpienia i stawiania zbyt wielu pytań...
I choć muszę Cię przepraszać za całe zło wyrządzone innym ludziom i sobie, to mimo wszystko dziękuję Ci... za to, że mogę Cię jeszcze przepraszać.
wybacz mi, że czuję się trochę zagubiony,
wybacz mi, że nie umiem sam określić swoich uczuć,
wybacz mi, że zapomniałem trochę o co mi chodziło,
wybacz mi, że zbyt szybko przesuwam granicę tajemnicy istnienia,
wybacz mi, że omijam teraźniejszość,
wybacz mi, że nie zawsze myślę we właściwy sposób,
wybacz mi, że czasem brakuje mi słów,
wybacz mi, że często ulegam słodkiemu nienasyceniu,
wybacz mi, że zbyt często pragnę poczuć zapach róży,
wybacz mi, że tu jestem,
wybacz mi, że czasem robię źle...
wybacz mi moje wątpliwości czy umiem wybierać właściwie,
wybacz mi moje niezdecydowanie,
wybacz mi, że czasem inaczej projektuję przyszłość,
wybacz mi, że brakuje mi dźwięku metafizyki w tym bliskim mi głosie,
wybacz mi za długi sen,
wybacz mi moją bezczynność,
wybacz mi te wszystkie błędy, których mogłem uniknąć, a które doprowadziły do zatracenia sensu,
wybacz mi błędy młodości,
wybacz mi moje stracone szanse na normalne życie,
wybacz mi chwile zwątpienia i stawiania zbyt wielu pytań...
I choć muszę Cię przepraszać za całe zło wyrządzone innym ludziom i sobie, to mimo wszystko dziękuję Ci... za to, że mogę Cię jeszcze przepraszać.
poniedziałek, 13 maja 2013
Epizod Numer 4,5
Bojąc się kolejnego dnia myślę o tym jak bardzo można przesunąć granicę, aby jej nie przekroczyć.
Ile wysiłku, wyrzeczeń, chłodnego spojrzenia i szybkiej kalkulacji potrzeba, żeby nie odkryć jednej tajemnicy za dużo.
Tajemnicy istnienia.
Za każdym razem poddajemy się niewidzialnemu pragnieniu łączenia rozerwanych połówek pomarańczy, które zostawiliśmy gdzieś po drodze. W szklance trochę już chłodnawej herbaty tylko plasterek cytryny przypomina nam jeszcze, że nasze życie nie jest jeszcze idealnie słodkie. Tak jak cukier, którego przecież nie używamy.
Patrząc przez okno obserwuję lasy, pola, łąki i wydaje mi się, że jestem tak samo pusty. Kiedyś może bardziej o coś mi chodziło, miałem kilka lat mniej, i trochę mniej jeśli nie doświadczenia to nazwijmy to chociaż przeżyciami. Boję się. Bardzo się boję, że powoli zapominam o tym. Właśnie... o co mi chodziło? O to, aby być szczęśliwym? Do tej pory nic się pod tym względem nie zmieniło. Mówią mi, że mamy czas. Kolejne pytania rodzą się w mojej głowie. Kto ma w końcu rację? Czy mam prawo do samookreślania mojego życia? Tak, bo to moje życie. Nie, bo nie żyję tylko dla siebie i z samym sobą.
Otwierając rano oczy wybieram samodzielnie kształt rozpoczynanego właśnie dnia. Nie do końca wiem jak będzie on wyglądał, ale mam moc, mam możliwość pokierowania nim tak żebym nie czuł smutku za ok. 18 godzin kładąc się spać. I jakże często wybieram źle...
Pomóż mi. Jesteś blisko, wiem to, czuję przecież... Każdego poranka, jedno Twoje słowo może uratować mój dzień. Możesz uratować mnie zanim zatracę swój cel i sens. Ulotne wartości, do których biegnę i staram się uchwycić za każdym razem, gdy zaczynają mi się wymykać z rąk.
Nie dam rady już tak dłużej. Rzeczywistość mnie zamyka i ogranicza. Duszę się w tych czterech ścianach, w których jedynym znajomym jest dźwięk przejeżdżającego nieopodal tramwaju.
Muszę coś zrobić. Tylko najpierw...
Niech najpierw coś się zmieni wokół, wokół nas...
Ile wysiłku, wyrzeczeń, chłodnego spojrzenia i szybkiej kalkulacji potrzeba, żeby nie odkryć jednej tajemnicy za dużo.
Tajemnicy istnienia.
Za każdym razem poddajemy się niewidzialnemu pragnieniu łączenia rozerwanych połówek pomarańczy, które zostawiliśmy gdzieś po drodze. W szklance trochę już chłodnawej herbaty tylko plasterek cytryny przypomina nam jeszcze, że nasze życie nie jest jeszcze idealnie słodkie. Tak jak cukier, którego przecież nie używamy.
Patrząc przez okno obserwuję lasy, pola, łąki i wydaje mi się, że jestem tak samo pusty. Kiedyś może bardziej o coś mi chodziło, miałem kilka lat mniej, i trochę mniej jeśli nie doświadczenia to nazwijmy to chociaż przeżyciami. Boję się. Bardzo się boję, że powoli zapominam o tym. Właśnie... o co mi chodziło? O to, aby być szczęśliwym? Do tej pory nic się pod tym względem nie zmieniło. Mówią mi, że mamy czas. Kolejne pytania rodzą się w mojej głowie. Kto ma w końcu rację? Czy mam prawo do samookreślania mojego życia? Tak, bo to moje życie. Nie, bo nie żyję tylko dla siebie i z samym sobą.
Otwierając rano oczy wybieram samodzielnie kształt rozpoczynanego właśnie dnia. Nie do końca wiem jak będzie on wyglądał, ale mam moc, mam możliwość pokierowania nim tak żebym nie czuł smutku za ok. 18 godzin kładąc się spać. I jakże często wybieram źle...
Pomóż mi. Jesteś blisko, wiem to, czuję przecież... Każdego poranka, jedno Twoje słowo może uratować mój dzień. Możesz uratować mnie zanim zatracę swój cel i sens. Ulotne wartości, do których biegnę i staram się uchwycić za każdym razem, gdy zaczynają mi się wymykać z rąk.
Nie dam rady już tak dłużej. Rzeczywistość mnie zamyka i ogranicza. Duszę się w tych czterech ścianach, w których jedynym znajomym jest dźwięk przejeżdżającego nieopodal tramwaju.
Muszę coś zrobić. Tylko najpierw...
Niech najpierw coś się zmieni wokół, wokół nas...
niedziela, 5 maja 2013
Niebyt
Rozbłysnąć. Zapomnieć. Zamknąć. Unieść. Położyć. Trwać.
Dotknąć. Objąć. Niecierpliwić. Zazdrościć. Przemyśleć. Wybuchnąć.
Otworzyć. Przewidzieć. Odwrócić. Spalić.
Pomyśleć. Oddalić. Zatęsknić. Zatrzymać. Położyć. Eksplodować
Oddychać. Otworzyć.
Umrzeć.
Dotknąć. Objąć. Niecierpliwić. Zazdrościć. Przemyśleć. Wybuchnąć.
Otworzyć. Przewidzieć. Odwrócić. Spalić.
Pomyśleć. Oddalić. Zatęsknić. Zatrzymać. Położyć. Eksplodować
Oddychać. Otworzyć.
Umrzeć.
wtorek, 23 kwietnia 2013
Horyzont Zdarzeń
Usiądźmy.
I posłuchajmy jak bije nasze wspólne serce. Przemęczone zbyt długimi spacerami, za bardzo poranione tęsknotą za kolejnym dniem, za szybko pracujące na najwyższych obrotach.
Przekazujemy sobie kolejne słowa, wczuwamy się w brzmienie formowanych wyrazów jednocześnie będąc niepokojąco zafascynowani odkrywczym zapachem zbliżającego się lata i ciągle nierozkwitłej jeszcze wiosny.
Uciekamy tak co jakiś czas z szarej rzeczywistości, której kolory nadają tylko różnobarwne okładki przeróżnych podręczników. W pełnym słońcu i wietrze wiejącym od rzeki rozróżniamy już czas, po którym wszystko wraca do naturalności. Bez niepotrzebnych spięć, teatralnych gestów, sztywnego trzymania się zasad i prób robienia dobrego drugiego wrażenia.
Przeczesując otchłanie narkotycznych głębin koloru ciemny blond nie potrafię powiedzieć nic więcej poza kilkoma niezdarnymi słowami, które wypływają już kolejny raz. Odurzający aromat unoszącej się w powietrzu ekstazy tylko na moment pozwala mi uświadomić sobie gdzie jestem.
Patrzysz na mnie wzorkiem, pod którym nie umiem schować niczego w środku, otwierasz moją duszę, która sama rwie się do Ciebie od chwili, gdy tylko pojawi się choćby kawałek granatowego płaszcza. Nie musisz nic mówić, wiem dobrze co chciałabyś mi opowiedzieć. Pozwalamy sobie nawzajem przenikać się myślami, niezdarnie poukładanymi w mozaice naszych serc.
Zamykam oczy i odliczam w ciszy ostatnie sekundy spędzone na kawałku szczytu osiąganego przeze mnie co tydzień. Szczytu, za którym kryje się mój największy skarb. I oprócz którego nie potrzeba mi nic więcej.
Największym szczęściem zawsze będzie cichy szept wypowiadany do ucha, gdy oboje toniemy we wspólnej płaszczyźnie uczuć. Patrząc w oczy ustalamy ponownie nowy horyzont, za którym jeszcze chyba nie chcemy wiedzieć co nas czeka. Prosząc w duchu o jeszcze jedną szansę stoimy tak już nieodwracalnie objęci w sobie zatrzymując czas, aby jeszcze raz, jeszcze choć przez chwilę...
Złapać oddech na kolejne dni spędzane zbyt daleko od Twoich dłoni...
I posłuchajmy jak bije nasze wspólne serce. Przemęczone zbyt długimi spacerami, za bardzo poranione tęsknotą za kolejnym dniem, za szybko pracujące na najwyższych obrotach.
Przekazujemy sobie kolejne słowa, wczuwamy się w brzmienie formowanych wyrazów jednocześnie będąc niepokojąco zafascynowani odkrywczym zapachem zbliżającego się lata i ciągle nierozkwitłej jeszcze wiosny.
Uciekamy tak co jakiś czas z szarej rzeczywistości, której kolory nadają tylko różnobarwne okładki przeróżnych podręczników. W pełnym słońcu i wietrze wiejącym od rzeki rozróżniamy już czas, po którym wszystko wraca do naturalności. Bez niepotrzebnych spięć, teatralnych gestów, sztywnego trzymania się zasad i prób robienia dobrego drugiego wrażenia.
Przeczesując otchłanie narkotycznych głębin koloru ciemny blond nie potrafię powiedzieć nic więcej poza kilkoma niezdarnymi słowami, które wypływają już kolejny raz. Odurzający aromat unoszącej się w powietrzu ekstazy tylko na moment pozwala mi uświadomić sobie gdzie jestem.
Patrzysz na mnie wzorkiem, pod którym nie umiem schować niczego w środku, otwierasz moją duszę, która sama rwie się do Ciebie od chwili, gdy tylko pojawi się choćby kawałek granatowego płaszcza. Nie musisz nic mówić, wiem dobrze co chciałabyś mi opowiedzieć. Pozwalamy sobie nawzajem przenikać się myślami, niezdarnie poukładanymi w mozaice naszych serc.
Zamykam oczy i odliczam w ciszy ostatnie sekundy spędzone na kawałku szczytu osiąganego przeze mnie co tydzień. Szczytu, za którym kryje się mój największy skarb. I oprócz którego nie potrzeba mi nic więcej.
Największym szczęściem zawsze będzie cichy szept wypowiadany do ucha, gdy oboje toniemy we wspólnej płaszczyźnie uczuć. Patrząc w oczy ustalamy ponownie nowy horyzont, za którym jeszcze chyba nie chcemy wiedzieć co nas czeka. Prosząc w duchu o jeszcze jedną szansę stoimy tak już nieodwracalnie objęci w sobie zatrzymując czas, aby jeszcze raz, jeszcze choć przez chwilę...
Złapać oddech na kolejne dni spędzane zbyt daleko od Twoich dłoni...
niedziela, 14 kwietnia 2013
Zmienna Losowa
Nic nie jest już takie same jak kiedyś.
Nocą otacza nas inne niebo, słońce świeci w końcu trochę wyraźniej,
kwiaty pachną mocniej, a zboże głośniej szumi w polnym wietrze.
Czasami mam wrażenie, że każda chwila naszego życia już się wydarzyła.
Że czerpiemy z jakiegoś nieokreślonego zbioru zdarzeń elementarnych, z których sklejamy potem nasze wspólne dni, tygodnie, miesiące, lata.
Patrzysz w te jedne, najpiękniejsze dla Ciebie oczy i czujesz, że nigdy nie zapomnisz już ich blasku.
Do końca swoich dni będziesz widział ich odbicie w każdej szybie przejeżdżającego autobusu.
Zwykły pociąg... przynosi tysiące Twoich spojrzeń.
Mijam jednostajnie miasta, wioski, pojedyncze drzewa i setki słupów telegraficznych.
Za nimi zostawiam coraz szybciej tworzone myśli i przerabiane po raz tysięczny scenariusze naszego dalszego życia. Staram się dotrzeć umysłem do Ciebie, ale jesteś tak daleko, nie możesz mnie pocieszać.
Gdy oddalając się od Ciebie odliczam niecierpliwie dni do naszego kolejnego spotkania.
Nieumiejętność określenia Twojego położenia sprawia mi ból. Chciałbym ciągle być przy Tobie i trzymać Cię za rękę. Nie potrafię inaczej obudzić się i zasnąć nie przywołując sobie w myślach Twojej twarzy. Kolejny raz zmagam się z samym sobą, by nie zostawić wszystkiego za sobą i pobiec daleko, dalej niż najbliższe skrzyżowanie. Do Ciebie będę biegł. Jeśli tylko pamiętasz co dla Ciebie mam.
Nocy letniej sen.
Nocą otacza nas inne niebo, słońce świeci w końcu trochę wyraźniej,
kwiaty pachną mocniej, a zboże głośniej szumi w polnym wietrze.
Czasami mam wrażenie, że każda chwila naszego życia już się wydarzyła.
Że czerpiemy z jakiegoś nieokreślonego zbioru zdarzeń elementarnych, z których sklejamy potem nasze wspólne dni, tygodnie, miesiące, lata.
Patrzysz w te jedne, najpiękniejsze dla Ciebie oczy i czujesz, że nigdy nie zapomnisz już ich blasku.
Do końca swoich dni będziesz widział ich odbicie w każdej szybie przejeżdżającego autobusu.
Zwykły pociąg... przynosi tysiące Twoich spojrzeń.
Mijam jednostajnie miasta, wioski, pojedyncze drzewa i setki słupów telegraficznych.
Za nimi zostawiam coraz szybciej tworzone myśli i przerabiane po raz tysięczny scenariusze naszego dalszego życia. Staram się dotrzeć umysłem do Ciebie, ale jesteś tak daleko, nie możesz mnie pocieszać.
Gdy oddalając się od Ciebie odliczam niecierpliwie dni do naszego kolejnego spotkania.
Nieumiejętność określenia Twojego położenia sprawia mi ból. Chciałbym ciągle być przy Tobie i trzymać Cię za rękę. Nie potrafię inaczej obudzić się i zasnąć nie przywołując sobie w myślach Twojej twarzy. Kolejny raz zmagam się z samym sobą, by nie zostawić wszystkiego za sobą i pobiec daleko, dalej niż najbliższe skrzyżowanie. Do Ciebie będę biegł. Jeśli tylko pamiętasz co dla Ciebie mam.
Nocy letniej sen.
niedziela, 7 kwietnia 2013
Ładunki Związane
Zapada noc.
A świat ciągle jeszcze rozświetlony, rozentuzjazmowany niezatrzymanym potokiem wydarzeń.
Dokąd tak pędzi? Może powie chociaż, w którą stronę...
Tylko z sobie znaną prędkością każda jego cząsteczka
doznaje uniesień, niezapomnianych wzlotów i bolesnych upadków.
Jesteśmy jedną z tych cząsteczek zagubionych w realno-nierealnej strukturze, którą umownie nazywamy życiem. Przenikamy z myśli innych osób do swojego otoczenia pragnąc zachować chociaż ułamek tych wszystkich wyobrażeń jakie stanowimy w naszych przemęczonych i przeładowanych umysłach.
Uciec. Daleko. Dalej. Jeszcze dalej.
Zbyt często znikamy sami dla siebie. Zbyt cicho, by ktokolwiek mógł to zauważyć.
A pomimo tego trwamy w tym zamieszaniu, z dnia na dzień coraz bardziej przytwierdzając się do miejsca, w którym ostatecznie przyszło nam żyć.
Tak niewiele potrzeba, by poczuć świeży oddech wiatru na karku. A tak mało robimy, aby choć na chwilę zapomnieć o tym co przyziemne. Oddać duszy co duchowe. I nam... co mamy dla siebie?
Na pewno kształty, barwy, dźwięki, tych kilka myśli wytłoczonych późną nocą, wspomnienia, przelotne spojrzenia, nieśmiały dotyk rąk, gdy gwiazdy były o kilka długości za blisko.
Nie pamiętamy już chyba tych wszystkich chwil, zdarzeń, zdań, wspólnych wypraw...
W pamięci zapadły tylko ciche słowa, nieskładne obietnice mówione łamiącym się głosem, trochę zbyt dużo śniegu i powroty do domu miastem, które śpi.
I to dziwne, przenikające na wskroś ciepło.
Że jeszcze...
To jeszcze nie jest koniec.
A świat ciągle jeszcze rozświetlony, rozentuzjazmowany niezatrzymanym potokiem wydarzeń.
Dokąd tak pędzi? Może powie chociaż, w którą stronę...
Tylko z sobie znaną prędkością każda jego cząsteczka
doznaje uniesień, niezapomnianych wzlotów i bolesnych upadków.
Jesteśmy jedną z tych cząsteczek zagubionych w realno-nierealnej strukturze, którą umownie nazywamy życiem. Przenikamy z myśli innych osób do swojego otoczenia pragnąc zachować chociaż ułamek tych wszystkich wyobrażeń jakie stanowimy w naszych przemęczonych i przeładowanych umysłach.
Uciec. Daleko. Dalej. Jeszcze dalej.
Zbyt często znikamy sami dla siebie. Zbyt cicho, by ktokolwiek mógł to zauważyć.
A pomimo tego trwamy w tym zamieszaniu, z dnia na dzień coraz bardziej przytwierdzając się do miejsca, w którym ostatecznie przyszło nam żyć.
Tak niewiele potrzeba, by poczuć świeży oddech wiatru na karku. A tak mało robimy, aby choć na chwilę zapomnieć o tym co przyziemne. Oddać duszy co duchowe. I nam... co mamy dla siebie?
Na pewno kształty, barwy, dźwięki, tych kilka myśli wytłoczonych późną nocą, wspomnienia, przelotne spojrzenia, nieśmiały dotyk rąk, gdy gwiazdy były o kilka długości za blisko.
Nie pamiętamy już chyba tych wszystkich chwil, zdarzeń, zdań, wspólnych wypraw...
W pamięci zapadły tylko ciche słowa, nieskładne obietnice mówione łamiącym się głosem, trochę zbyt dużo śniegu i powroty do domu miastem, które śpi.
I to dziwne, przenikające na wskroś ciepło.
Że jeszcze...
To jeszcze nie jest koniec.
wtorek, 26 marca 2013
Linearyzacja
Nie wiedząc dokąd pójdziemy jutrzejszą ścieżką
Myślimy o sobie nawzajem nie przestając nawet na minutę
Wizualizować naszych przemyśleń i scenariuszy
Które tak naprawdę nigdy mogą się nie spełnić...
To zadziwiające, że mimo wszystko nadal odnajdujemy siebie w każdym przypadkowym uśmiechu, zaplanowanym spotkaniu i autobusie, który przyjechał kilka minut za wcześnie. Tyle dni, tyle zdarzeń, tyle wypowiedzianych, a jeszcze więcej przemilczanych słów.
Wiesz dlaczego nadal trwamy przy sobie?
Nie? Ja też... Chyba mamy w takim razie problem. O Boże, żeby to tylko mieć takie problemy...
Siedzę w nocy i piszę do Ciebie kolejny niewysłany list. Powieki kleją mi się coraz bardziej z każdą sekundą, ale Twoja twarz w moich myślach nie pozwala Morfeuszowi przejąć nade mną kontroli.
Noc. Najpiękniejsza z kobiet.
Odbijające się w oczach gwiazdy i księżyc leniwie dążący do pełni nie zasłaniają nam sensu naszej codziennej wędrówki. Gdy Cię nie widzę choćby i przez jeden dzień dostaję gorączki, wnętrzności skręcają się w niezrozumiałych konfiguracjach... I nic nie jest takie jakie powinno być.
Spokój odnajdę chyba dopiero w chwili kiedy kładąc się wieczorem spać będę wiedział i widział, że jesteś obok. Leżysz, czytasz książkę, oglądasz film, albo śpisz, bo przecież to nie jest wcale takie trudne. Czekając na tę chwilę nieprzerwanie staram się normalnie funkcjonować. Zadanie niełatwe zważywszy, że czasami czując zbyt wielkie przywiązanie nieświadomie przepuszczamy przez palce setki niekoniecznie ważnych co ciekawych zdarzeń. Nie żałuję tego, bo wierzę... Chciałbym w to wierzyć, że warto. Bo co to byłaby za miłość, gdyby kochającego nie było stać na odrobinę poświęcenia...
Zamykam drzwi, usta, oczy, uszy. Otwieram duszę i serce. Tylko tyle. I aż tyle. Czy to wystarczy, abyśmy kiedyś mogli patrzeć w ten sam sufit trzymając się za rękę i bezwiednie uśmiechając się do naszych wspomnień...?
Nie? Chyba mamy w takim razie problem.
Ale nie martw się. Tak mi się zdaję, że mam... mam pomysł. Jak jeszcze raz. Jak jeszcze raz to wszystko naprawić.
Myślimy o sobie nawzajem nie przestając nawet na minutę
Wizualizować naszych przemyśleń i scenariuszy
Które tak naprawdę nigdy mogą się nie spełnić...
To zadziwiające, że mimo wszystko nadal odnajdujemy siebie w każdym przypadkowym uśmiechu, zaplanowanym spotkaniu i autobusie, który przyjechał kilka minut za wcześnie. Tyle dni, tyle zdarzeń, tyle wypowiedzianych, a jeszcze więcej przemilczanych słów.
Wiesz dlaczego nadal trwamy przy sobie?
Nie? Ja też... Chyba mamy w takim razie problem. O Boże, żeby to tylko mieć takie problemy...
Siedzę w nocy i piszę do Ciebie kolejny niewysłany list. Powieki kleją mi się coraz bardziej z każdą sekundą, ale Twoja twarz w moich myślach nie pozwala Morfeuszowi przejąć nade mną kontroli.
Noc. Najpiękniejsza z kobiet.
Odbijające się w oczach gwiazdy i księżyc leniwie dążący do pełni nie zasłaniają nam sensu naszej codziennej wędrówki. Gdy Cię nie widzę choćby i przez jeden dzień dostaję gorączki, wnętrzności skręcają się w niezrozumiałych konfiguracjach... I nic nie jest takie jakie powinno być.
Spokój odnajdę chyba dopiero w chwili kiedy kładąc się wieczorem spać będę wiedział i widział, że jesteś obok. Leżysz, czytasz książkę, oglądasz film, albo śpisz, bo przecież to nie jest wcale takie trudne. Czekając na tę chwilę nieprzerwanie staram się normalnie funkcjonować. Zadanie niełatwe zważywszy, że czasami czując zbyt wielkie przywiązanie nieświadomie przepuszczamy przez palce setki niekoniecznie ważnych co ciekawych zdarzeń. Nie żałuję tego, bo wierzę... Chciałbym w to wierzyć, że warto. Bo co to byłaby za miłość, gdyby kochającego nie było stać na odrobinę poświęcenia...
Zamykam drzwi, usta, oczy, uszy. Otwieram duszę i serce. Tylko tyle. I aż tyle. Czy to wystarczy, abyśmy kiedyś mogli patrzeć w ten sam sufit trzymając się za rękę i bezwiednie uśmiechając się do naszych wspomnień...?
Nie? Chyba mamy w takim razie problem.
Ale nie martw się. Tak mi się zdaję, że mam... mam pomysł. Jak jeszcze raz. Jak jeszcze raz to wszystko naprawić.
wtorek, 26 lutego 2013
Logarytm Naturalny
Boję się.
Z każdym kolejnym porankiem, z każdą minioną sekundą przemijamy razem z czasem, który przecież nigdy nie zawraca.
Rozumiemy chyba jeszcze zbyt mało odwiecznych zaklęć ludzkości. Pogubieni w swoich własnych ścieżkach nawołujemy się co wieczór wracając z powrotem na właściwą drogą będąc kierowani tylko głosem zza drugiej strony tęczy.
I nie wiedzieć czemu, nie potrafię sam ustalić swojego kursu oczekując na chociażby małe światełko zwiastujące lepszy dzień.
Tak bardzo się boję.
Że jakiś odległy potok słów nie pomoże mi tym razem na zajęcie odpowiedniego miejsca w życiu. Że nie odnajdę się w odbiciu lustra. Nie zobaczę całego bagażu doświadczeń wyrytego w poprzecznych zmarszczkach uwikłanych zbytnio w moje poczucie egzystencji. I uschnę zanim księżyc znajdzie się choćby w ostatniej kwadrze.
Brakuje mi Ciebie.
Nie widząc Twojego cienia czuję, że odpływam, czuję niepokój i patrząc się bezmyślnie na sufit szukam chociażby małego kawałka Twojej osoby w rozedrganym powietrzu. Wchodzisz bezczelnie w moje myśli nie pozwalając mi na normalne funkcjonowanie. Zawłaszczasz sobie moje sny perfidnie pokazując się w nich, przywołując wspomnienia i zaraz znikając wraz z dźwiękiem budzika...
Tak bardzo mi Ciebie brakuje...
Będąc daleko. Tak daleko od dotyku Twojej dłoni.
Zostawiając błękit swojego prywatnego świata przechodzę w zieleń.
By jeszcze raz odnaleźć swoje odbicie
W Twoich oczach.
Z każdym kolejnym porankiem, z każdą minioną sekundą przemijamy razem z czasem, który przecież nigdy nie zawraca.
Rozumiemy chyba jeszcze zbyt mało odwiecznych zaklęć ludzkości. Pogubieni w swoich własnych ścieżkach nawołujemy się co wieczór wracając z powrotem na właściwą drogą będąc kierowani tylko głosem zza drugiej strony tęczy.
I nie wiedzieć czemu, nie potrafię sam ustalić swojego kursu oczekując na chociażby małe światełko zwiastujące lepszy dzień.
Tak bardzo się boję.
Że jakiś odległy potok słów nie pomoże mi tym razem na zajęcie odpowiedniego miejsca w życiu. Że nie odnajdę się w odbiciu lustra. Nie zobaczę całego bagażu doświadczeń wyrytego w poprzecznych zmarszczkach uwikłanych zbytnio w moje poczucie egzystencji. I uschnę zanim księżyc znajdzie się choćby w ostatniej kwadrze.
Brakuje mi Ciebie.
Nie widząc Twojego cienia czuję, że odpływam, czuję niepokój i patrząc się bezmyślnie na sufit szukam chociażby małego kawałka Twojej osoby w rozedrganym powietrzu. Wchodzisz bezczelnie w moje myśli nie pozwalając mi na normalne funkcjonowanie. Zawłaszczasz sobie moje sny perfidnie pokazując się w nich, przywołując wspomnienia i zaraz znikając wraz z dźwiękiem budzika...
Tak bardzo mi Ciebie brakuje...
Będąc daleko. Tak daleko od dotyku Twojej dłoni.
Zostawiając błękit swojego prywatnego świata przechodzę w zieleń.
By jeszcze raz odnaleźć swoje odbicie
W Twoich oczach.
sobota, 9 lutego 2013
Punkt Przegięcia
Przerwana więź
Jak nowo narodzony lęk
Odbijający serce
Pomiędzy Tobą a mną.
Nieuleczalnie zamyślony w Twoich oczach,
które nie zawsze patrzą w moją stronę. Stoję i czekam aż znów będziemy mogli uciec dokądkolwiek stąd.
Gdzie nic nie jest takie samo, słońce świeci odrobinę jaśniej, noce są cieplejsze i błyszczy więcej gwiazd.
Gdzieś, w innym wymiarze wracamy co wieczór tą samą drogą odkrywając coraz to nowe tajemnice zakątków własnych umysłów czując, że wystarczy nam tylko jedna sekunda, aby ten dzień skończył się szczęśliwie.
Zaskakujące jak każdy krok może przybliżać nas coraz bardziej do siebie. Zanim jednak to nastąpi czeka nas jeszcze wiele ścieżek, niezbadanych zakrętów i upadków pod ciężarem własnego istnienia.
Moja ręka zawsze będzie wyciągnięta w Twoją stronę - od Ciebie zależy czy ją przyjmiesz i razem pokażemy całemu światu, że nie jesteśmy tylko pustym statusem. Że jesteśmy tu dla siebie i we dwoje przejdziemy kiedyś przez Ostateczną Bramę na drugą stronę tęczy...
Bo razem.
Wszystko jest możliwe...
Jak nowo narodzony lęk
Odbijający serce
Pomiędzy Tobą a mną.
Nieuleczalnie zamyślony w Twoich oczach,
które nie zawsze patrzą w moją stronę. Stoję i czekam aż znów będziemy mogli uciec dokądkolwiek stąd.
Gdzie nic nie jest takie samo, słońce świeci odrobinę jaśniej, noce są cieplejsze i błyszczy więcej gwiazd.
Gdzieś, w innym wymiarze wracamy co wieczór tą samą drogą odkrywając coraz to nowe tajemnice zakątków własnych umysłów czując, że wystarczy nam tylko jedna sekunda, aby ten dzień skończył się szczęśliwie.
Zaskakujące jak każdy krok może przybliżać nas coraz bardziej do siebie. Zanim jednak to nastąpi czeka nas jeszcze wiele ścieżek, niezbadanych zakrętów i upadków pod ciężarem własnego istnienia.
Moja ręka zawsze będzie wyciągnięta w Twoją stronę - od Ciebie zależy czy ją przyjmiesz i razem pokażemy całemu światu, że nie jesteśmy tylko pustym statusem. Że jesteśmy tu dla siebie i we dwoje przejdziemy kiedyś przez Ostateczną Bramę na drugą stronę tęczy...
Bo razem.
Wszystko jest możliwe...
środa, 6 lutego 2013
Funkcja wykładnicza
Noc.
Zwyczajna noc.
Siedzę na łóżku i próbuję pojąć świat w jakim przyszło mi żyć.
Z głośników leci jednostajna muzyka - "Przemoknięte serca miast" HuczuHucza tym razem nie wprawiają mnie w stan smutku, żalu i zadumy. Odprężają wieczorową porą po całym dniu projektowania swojego życia.
Siedzę.
Tak... Czytam ostatnią już część trylogii "Millenium" S. Larssona raz po raz sprawdzając w Wikipedii szczególnie interesujące nazwisko, datę lub po prostu starając się zrozumieć realia tej książki.
Część trzecia. Ostatnia.
Obok mnie leży płyta. Dla Ciebie. Jeszcze czysta. Jeszcze tylko 40 minut tej czystości.
W moich myślach nieustannie krążysz Ty. Wspominam nasz dzień, którego wyjątkowość będę pewnie doceniał dopiero podczas samotnych internackich wieczorów. Dziś nie doceniam. Ciągle go przeżywam i cieszę się, że mogłem być z Tobą i trzymać Cię za rękę - zarówno tą puchową w rękawiczce jak i tą jedną jedyną, która śni mi się po nocach.
Szliśmy dziś zieloną alejką naszego prywatnego miasta, w którym jesteśmy tylko dla siebie bez obcych oczu, spojrzeń, rąk i rozmów. Mając za sobą słońce a Ciebie obok czułem się szczęśliwy. Nie... nawet ja nie jestem w stanie tego zrozumieć.
Wracając do domów robiło się jednak już ciemno. Ale to nic nie znaczy. Opowiadając sobie coraz bardziej nasze życie nie żałuję chwili, w której zatrzymałem dla nas czas.
Przegrywając zakład nie zrobiłem tego specjalnie, choć czułem, że chciałaś wygrać niezależnie od skutków i ewentualnej nagrody czy też kary. Kary? Nieee... Chyba nie dla nas.
Stojąc już tylko kilka kroków od samotności, patrzyłem na otwartą furtkę, za którą kolejny raz miałaś zniknąć mi z oczu. Chciałem Cię zatrzymać na jeszcze jedną chwilę, na sekundę dłużej, w której będę mógł po raz ostatni zobaczyć zieleń Twoich oczu. Jednak było już za ciemno.
Dotknęłaś moich dłoni. Było stanowczo za ciemno i to nie z powodu zachmurzonego nieba, na którym błyszczało kilka gwiazd. Minęło kilkadziesiąt sekund zanim znów spojrzeliśmy na siebie. Gwiazd było już zdecydowanie więcej. Czy od tej chwili czas dla nas będzie się liczył na nowo...?
Nie myślałem, że doczekam tych chwil, gdy jedyną kłótnią będzie to, kto kogo bardziej kocha. Nie sądziłem, że to Ty zaczniesz tę kłótnię. Mówi się trudno. O takie rzeczy mogę się z Tobą sprzeczać każdego dnia.
Sen. Ten sen nie przeraża już mnie.
Stał się rzeczywistością.
Jeśli tak ma nadal wyglądać moje życie...
To jednak warto żyć.
Zwyczajna noc.
Siedzę na łóżku i próbuję pojąć świat w jakim przyszło mi żyć.
Z głośników leci jednostajna muzyka - "Przemoknięte serca miast" HuczuHucza tym razem nie wprawiają mnie w stan smutku, żalu i zadumy. Odprężają wieczorową porą po całym dniu projektowania swojego życia.
Siedzę.
Tak... Czytam ostatnią już część trylogii "Millenium" S. Larssona raz po raz sprawdzając w Wikipedii szczególnie interesujące nazwisko, datę lub po prostu starając się zrozumieć realia tej książki.
Część trzecia. Ostatnia.
Obok mnie leży płyta. Dla Ciebie. Jeszcze czysta. Jeszcze tylko 40 minut tej czystości.
W moich myślach nieustannie krążysz Ty. Wspominam nasz dzień, którego wyjątkowość będę pewnie doceniał dopiero podczas samotnych internackich wieczorów. Dziś nie doceniam. Ciągle go przeżywam i cieszę się, że mogłem być z Tobą i trzymać Cię za rękę - zarówno tą puchową w rękawiczce jak i tą jedną jedyną, która śni mi się po nocach.
Szliśmy dziś zieloną alejką naszego prywatnego miasta, w którym jesteśmy tylko dla siebie bez obcych oczu, spojrzeń, rąk i rozmów. Mając za sobą słońce a Ciebie obok czułem się szczęśliwy. Nie... nawet ja nie jestem w stanie tego zrozumieć.
Wracając do domów robiło się jednak już ciemno. Ale to nic nie znaczy. Opowiadając sobie coraz bardziej nasze życie nie żałuję chwili, w której zatrzymałem dla nas czas.
Przegrywając zakład nie zrobiłem tego specjalnie, choć czułem, że chciałaś wygrać niezależnie od skutków i ewentualnej nagrody czy też kary. Kary? Nieee... Chyba nie dla nas.
Stojąc już tylko kilka kroków od samotności, patrzyłem na otwartą furtkę, za którą kolejny raz miałaś zniknąć mi z oczu. Chciałem Cię zatrzymać na jeszcze jedną chwilę, na sekundę dłużej, w której będę mógł po raz ostatni zobaczyć zieleń Twoich oczu. Jednak było już za ciemno.
Dotknęłaś moich dłoni. Było stanowczo za ciemno i to nie z powodu zachmurzonego nieba, na którym błyszczało kilka gwiazd. Minęło kilkadziesiąt sekund zanim znów spojrzeliśmy na siebie. Gwiazd było już zdecydowanie więcej. Czy od tej chwili czas dla nas będzie się liczył na nowo...?
Nie myślałem, że doczekam tych chwil, gdy jedyną kłótnią będzie to, kto kogo bardziej kocha. Nie sądziłem, że to Ty zaczniesz tę kłótnię. Mówi się trudno. O takie rzeczy mogę się z Tobą sprzeczać każdego dnia.
Sen. Ten sen nie przeraża już mnie.
Stał się rzeczywistością.
Jeśli tak ma nadal wyglądać moje życie...
To jednak warto żyć.
czwartek, 31 stycznia 2013
Krzywoliniowość
Cichy strumień topniejącego śniegu bezwiednie głaszcze ciemną płaszczyznę asfaltu.
Nikogo nie interesuje dokąd, skąd płynie... Nie nam dane pojmować odwieczny porządek Wszechświata.
Nie wolno nam ruszać ani jednego kamyka na drodze, ani jednego ziarnka piasku na plaży...
Nie wolno nam zgasić ani jednej gwiazdy na niebie.
Nazywasz swoimi słowami każdy kształt, dotyk, uczucie, smak czy zapach.
Przychodzę do Ciebie i codziennie witamy się tymi samymi słowami.
Które pomimo czasu nie tracą znaczenia... Bo kryje się w nich coś więcej niż tylko regulowane ruchy strun głosowych połączonych z odpowiednim napięciem mięśni.
Idziemy tymi samymi ulicami, które każdego dnia są pogrążone w innym świetle.
Przechodnie nie zwracają uwagi nawet na kolor sygnalizatorów
Nieumiejętnie wpychając się w granicę pomiędzy życiem a życiem
Uciekając w ostatniej chwili i łapiąc się na tym, że całe ich istnienie nie wykracza poza coś bardziej dramatycznego...
Dotykam Twoich dłoni.
Czuję chłód. Na dworze -5, w sercu zachodzi reakcja fuzyjna.
Jak mogę przelać to co czuję... jakimi słowami powiedzieć, że to właśnie Ciebie i z Tobą...
Jeszcze jeden raz chciałbym otworzyć spadochron i wylądować bezpiecznie w Twoich ramionach.
Gdzie koniec świata wydaje się tak odległy, a rok świetlny przestaje być jakąkolwiek odległością.
Gdzie nic nie jest prostsze od smugi komety na sierpniowym niebie.
Gdzie cały kosmos wydaje się mieścić w kieszeni.
Gdzie żadne słowa nie mają takiej mocy jak tam... Szepcząc jeszcze jedno pożegnanie, zanurzam się w potoku myśli przepływających od Ciebie do mnie. Tonę w nim, krztuszę się i dławię jego zawartością.
Proszę... Nie ratuj mnie ten jeden, jedyny raz...
Nikogo nie interesuje dokąd, skąd płynie... Nie nam dane pojmować odwieczny porządek Wszechświata.
Nie wolno nam ruszać ani jednego kamyka na drodze, ani jednego ziarnka piasku na plaży...
Nie wolno nam zgasić ani jednej gwiazdy na niebie.
Nazywasz swoimi słowami każdy kształt, dotyk, uczucie, smak czy zapach.
Przychodzę do Ciebie i codziennie witamy się tymi samymi słowami.
Które pomimo czasu nie tracą znaczenia... Bo kryje się w nich coś więcej niż tylko regulowane ruchy strun głosowych połączonych z odpowiednim napięciem mięśni.
Idziemy tymi samymi ulicami, które każdego dnia są pogrążone w innym świetle.
Przechodnie nie zwracają uwagi nawet na kolor sygnalizatorów
Nieumiejętnie wpychając się w granicę pomiędzy życiem a życiem
Uciekając w ostatniej chwili i łapiąc się na tym, że całe ich istnienie nie wykracza poza coś bardziej dramatycznego...
Dotykam Twoich dłoni.
Czuję chłód. Na dworze -5, w sercu zachodzi reakcja fuzyjna.
Jak mogę przelać to co czuję... jakimi słowami powiedzieć, że to właśnie Ciebie i z Tobą...
Jeszcze jeden raz chciałbym otworzyć spadochron i wylądować bezpiecznie w Twoich ramionach.
Gdzie koniec świata wydaje się tak odległy, a rok świetlny przestaje być jakąkolwiek odległością.
Gdzie nic nie jest prostsze od smugi komety na sierpniowym niebie.
Gdzie cały kosmos wydaje się mieścić w kieszeni.
Gdzie żadne słowa nie mają takiej mocy jak tam... Szepcząc jeszcze jedno pożegnanie, zanurzam się w potoku myśli przepływających od Ciebie do mnie. Tonę w nim, krztuszę się i dławię jego zawartością.
Proszę... Nie ratuj mnie ten jeden, jedyny raz...
środa, 23 stycznia 2013
Prośba
Usiądź.
Porozmawiajmy.
Kiedy ostatnim razem to robiliśmy?
Mówiąc nie o wczorajszym dniu i przelotnie minionym wieczorem.
Chodź.
Chcę Cię poznać.
Ty mnie znasz aż za dobrze.
Z tych wszystkich listów, wiadomości, trochę przydługich monologów...
Powiedz mi.
Który kolor tęczy lubisz najbardziej,
dokąd chcesz wyjechać na wakacje,
Czy lubisz mnie choć trochę?
Opowiedz.
Dlaczego żyjemy w takich czasach,
gdy najprostsze słowa pozbawione są znaczenia
O które modlimy się nawet nieświadomie w każdej chwili naszego istnienia.
Nie odchodź.
Dopiero co zaczęliśmy...
Bojąc się przyszłości
I jednej tylko myśli, że gdzieś tam, w innej przestrzeni
Mogliśmy się nigdy nie spotkać.
Wstańmy.
Zaprowadzę się poza widzialny horyzont
Poniesie nas niesłyszalny szept
O którym śnimy każdej nocy
Żeby przypominał nam wciąż
Że jesteśmy tylko pyłem w astronomicznym tłumie
Nie zapominaj
O poprzednich dniach, o nas, o mnie...
Proszę, nie dawaj mi tej świadomości nieistnienia
tylko w Twoich myślach.
Bądź.
Bo odkrywając Ciebie na nowo ponownie o poranku
już wiem, po prostu to wiem...
...że nie mógłbym się już obudzić bez Ciebie.
Porozmawiajmy.
Kiedy ostatnim razem to robiliśmy?
Mówiąc nie o wczorajszym dniu i przelotnie minionym wieczorem.
Chodź.
Chcę Cię poznać.
Ty mnie znasz aż za dobrze.
Z tych wszystkich listów, wiadomości, trochę przydługich monologów...
Powiedz mi.
Który kolor tęczy lubisz najbardziej,
dokąd chcesz wyjechać na wakacje,
Czy lubisz mnie choć trochę?
Opowiedz.
Dlaczego żyjemy w takich czasach,
gdy najprostsze słowa pozbawione są znaczenia
O które modlimy się nawet nieświadomie w każdej chwili naszego istnienia.
Nie odchodź.
Dopiero co zaczęliśmy...
Bojąc się przyszłości
I jednej tylko myśli, że gdzieś tam, w innej przestrzeni
Mogliśmy się nigdy nie spotkać.
Wstańmy.
Zaprowadzę się poza widzialny horyzont
Poniesie nas niesłyszalny szept
O którym śnimy każdej nocy
Żeby przypominał nam wciąż
Że jesteśmy tylko pyłem w astronomicznym tłumie
Nie zapominaj
O poprzednich dniach, o nas, o mnie...
Proszę, nie dawaj mi tej świadomości nieistnienia
tylko w Twoich myślach.
Bądź.
Bo odkrywając Ciebie na nowo ponownie o poranku
już wiem, po prostu to wiem...
...że nie mógłbym się już obudzić bez Ciebie.
wtorek, 22 stycznia 2013
Idąc
Siedzimy.
Wpatrzeni w ciekłokrystaliczne ekrany przenoszące
pojedyncze słowa, zdania - potok słów.
Zalewani wciąż za małą ilością tak potrzebnych nam informacji.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio siedziałem tak do 3 w nocy
czekając na Twój kolejny ruch.
Zanim jeszcze nastąpiła najpiękniejsza katastrofa -
- bo tylko raz na milion, raz na milion świetlnych lat...
I jeszcze jeden promień słońca
budzący mnie co rano
Przypomina o powoli tworzącej się nowej rzeczywistości,
w której ucieczka nie jest opcją, a stanie w cieniu nie może być żadną rozsądną możliwością.
Staliśmy.
Czując nawzajem kwiat kiełkujący niezbyt pośpiesznie
znający swój czas i miejsce
potrzebujący odrobiny żyznej gleby,
aby rozkwitnąć i wynieść się ponad nieboskłon.
Idźmy.
W stronę zachodzącego słońca - tak jak dawniej to sobie obiecaliśmy
uciekając gdziekolwiek, byle tylko byłoby ciepło
zatracając się w swoich spojrzeniach
zarówno tych przypadkowych jak i zrobionych z wyrachowania
nie łamiąc nawet najmniejszej trzciny -
By kiedyś... - za milion świetlnych lat -
dojść do Tego, który dał nam siebie
na pochmurne poniedziałkowe poranki i słoneczne weekendy.
Na całą przewidzianą dla nas wieczność.
Z zatartą granicą początku i mglistym kresem.
Chodźmy.
Wpatrzeni w ciekłokrystaliczne ekrany przenoszące
pojedyncze słowa, zdania - potok słów.
Zalewani wciąż za małą ilością tak potrzebnych nam informacji.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio siedziałem tak do 3 w nocy
czekając na Twój kolejny ruch.
Zanim jeszcze nastąpiła najpiękniejsza katastrofa -
- bo tylko raz na milion, raz na milion świetlnych lat...
I jeszcze jeden promień słońca
budzący mnie co rano
Przypomina o powoli tworzącej się nowej rzeczywistości,
w której ucieczka nie jest opcją, a stanie w cieniu nie może być żadną rozsądną możliwością.
Staliśmy.
Czując nawzajem kwiat kiełkujący niezbyt pośpiesznie
znający swój czas i miejsce
potrzebujący odrobiny żyznej gleby,
aby rozkwitnąć i wynieść się ponad nieboskłon.
Idźmy.
W stronę zachodzącego słońca - tak jak dawniej to sobie obiecaliśmy
uciekając gdziekolwiek, byle tylko byłoby ciepło
zatracając się w swoich spojrzeniach
zarówno tych przypadkowych jak i zrobionych z wyrachowania
nie łamiąc nawet najmniejszej trzciny -
By kiedyś... - za milion świetlnych lat -
dojść do Tego, który dał nam siebie
na pochmurne poniedziałkowe poranki i słoneczne weekendy.
Na całą przewidzianą dla nas wieczność.
Z zatartą granicą początku i mglistym kresem.
Chodźmy.
niedziela, 20 stycznia 2013
Wołając...
Oddalony.
Za bardzo oddalony.
Od kilkunastu spojrzeń, gestów i uśmiechów.
Zaczepiam Cię.
I czekam.
Minutę, dwie minuty.
Całe życie.
Nauczyliśmy się żyć obok siebie,
ale ciągle dorastamy aby być jeszcze mocniej i głębiej.
Nie mamy zbyt wielu słów na całą wieczność.
Wystarczą nam te, które mamy.
Przechodząc przez życie spotykamy coraz więcej emocji
próbując przełożyć je na nasz osobisty język -
bez szans na złamanie i odszyfrowanie.
Spojrzenie w gwiazdy przypomina nam zbyt wiele,
Płatki śniegu spadają jeszcze zbyt szybko,
a jedyną miarą czasu staje Twój krok,
może trochę nierówny, może trochę czasem przypadkowy...
Ile zostało nam jeszcze wspólnych dróg?
Które z nich odkryjemy, a może któreś otworzą się przed nami na nowo?
Słońce.
Przyjdź.
I pomóż nam dojrzeć do samych siebie.
Za bardzo oddalony.
Od kilkunastu spojrzeń, gestów i uśmiechów.
Zaczepiam Cię.
I czekam.
Minutę, dwie minuty.
Całe życie.
Nauczyliśmy się żyć obok siebie,
ale ciągle dorastamy aby być jeszcze mocniej i głębiej.
Nie mamy zbyt wielu słów na całą wieczność.
Wystarczą nam te, które mamy.
Przechodząc przez życie spotykamy coraz więcej emocji
próbując przełożyć je na nasz osobisty język -
bez szans na złamanie i odszyfrowanie.
Spojrzenie w gwiazdy przypomina nam zbyt wiele,
Płatki śniegu spadają jeszcze zbyt szybko,
a jedyną miarą czasu staje Twój krok,
może trochę nierówny, może trochę czasem przypadkowy...
Ile zostało nam jeszcze wspólnych dróg?
Które z nich odkryjemy, a może któreś otworzą się przed nami na nowo?
Słońce.
Przyjdź.
I pomóż nam dojrzeć do samych siebie.
piątek, 18 stycznia 2013
My
Zamień każdy oddech na słowo.
Nie przechodź obojętnie wobec milczenia i ciszy, którą nie zawsze można liczyć tylko w kilometrach.
Zastygłe spojrzenie nie powie Ci już nic więcej.
Oprócz oczywistych rzeczy, o które nie musisz nawet pytać.
Dajesz z siebie coraz więcej, a życia jednak mniej i mniej...
Pozbawiając samej siebie nadziei, tracimy wiarę i sens,
że warto zmusić się do kolejnego poranka, świeżej kawy i kanapki z pomidorem.
Gdy brak sensu, przemijanie staje się sensem.
I zaczynasz ginąć.
Załamywać czasoprzestrzeń umysłu nie wyciągając z niego choćby ułamka kolorów, które mogą zmienić Twój świat.
Ale czy tylko Twój? Może jednak nasz?
My.
Dziwnie to brzmi. Kiedyś Ty i Ja. Dziś My.
Zostańmy tak. Po raz pierwszy w życiu krzycząc na siebie "chwilo trwaj!". Przemierzając kolejne odcinki naszej drogi wspólnym tramwajem. Zapominając gdzie wysiąść po drodze, postanowiliśmy już przejechać całą trasę. Zobaczyć co będzie na jej końcu.
I wspólnie wybrać naszą nieostrą przyszłość - zatracając się w pospiesznych oddechach zamienianych na jeszcze zbyt dużo wielokropków i nieostrożnie stawianych znaków zapytania...
Nie przechodź obojętnie wobec milczenia i ciszy, którą nie zawsze można liczyć tylko w kilometrach.
Zastygłe spojrzenie nie powie Ci już nic więcej.
Oprócz oczywistych rzeczy, o które nie musisz nawet pytać.
Dajesz z siebie coraz więcej, a życia jednak mniej i mniej...
Pozbawiając samej siebie nadziei, tracimy wiarę i sens,
że warto zmusić się do kolejnego poranka, świeżej kawy i kanapki z pomidorem.
Gdy brak sensu, przemijanie staje się sensem.
I zaczynasz ginąć.
Załamywać czasoprzestrzeń umysłu nie wyciągając z niego choćby ułamka kolorów, które mogą zmienić Twój świat.
Ale czy tylko Twój? Może jednak nasz?
My.
Dziwnie to brzmi. Kiedyś Ty i Ja. Dziś My.
Zostańmy tak. Po raz pierwszy w życiu krzycząc na siebie "chwilo trwaj!". Przemierzając kolejne odcinki naszej drogi wspólnym tramwajem. Zapominając gdzie wysiąść po drodze, postanowiliśmy już przejechać całą trasę. Zobaczyć co będzie na jej końcu.
I wspólnie wybrać naszą nieostrą przyszłość - zatracając się w pospiesznych oddechach zamienianych na jeszcze zbyt dużo wielokropków i nieostrożnie stawianych znaków zapytania...
czwartek, 17 stycznia 2013
Jesteśmy
Jesteś.
Zlepkiem uczuć, wspomnień, myśli i emocji, które na przestrzeni czasu ludzie powkładali w Ciebie jak zapałki do pudełka. A wiesz co robi się ze zużytymi zapałkami? Wyrzuca.
Myślałeś kiedyś o tym kto tak naprawdę myśli o Tobie kładąc się spać? W ilu głowach pojawiasz się wieczorem, gdy głowy te są już przytulone do poduszki? A może... nikt?
Boisz się odrzucenia i samotności. Nie zaprzeczaj. I tak Ci się nie uda. Każdy z nas podświadomie pragnie mieć kogoś komu będzie mógł powiedzieć spokojnie "dzień dobry" budząc się każdego poranka i "dobranoc" gasząc lampkę w pokoju pełnym niespokojnych wibracji powietrza zaburzanego oddechem drugiej osoby.
Byłaś.
Nierealnym marzeniem na mapie serca narysowanej pospiesznie przy niedokończonym śniadaniu. Pojawiłaś się nagle i równie niespodziewanie zdałem sobie sprawę, że stanowisz centrum tego planu. Wszystko już kiedyś zostało powiedziane. Kształty całych zdań powtarzane od stuleci tkwią w naszych ustach, a ich brzmienie uderzało już miliony istnień przed nami. Więc czemu znów na nowo odkrywamy ich sens i znaczenie? Czyżby to jakaś kolejna część boskich zamiarów?
Stawiamy sobie zbyt wiele pytań, a w zamian otrzymujemy tak mało odpowiedzi.
Będziesz.
Czy jednak w takiej formie w jakiej widujemy się w snach? Razem ze mną, gdzieś nad morzem obserwując purpurowy zachód słońca?
Nie mówmy już nic. Pozwólmy się ponieść wiatrowi, który uniesie nas... dokąd?
Nie pytaj mnie. Nie odpowiem. Zbyt wiele 'nie'.
Oprócz tego jednego. Które pozwala mieć nadzieję. Na jeszcze jeden zachód słońca.
Zlepkiem uczuć, wspomnień, myśli i emocji, które na przestrzeni czasu ludzie powkładali w Ciebie jak zapałki do pudełka. A wiesz co robi się ze zużytymi zapałkami? Wyrzuca.
Myślałeś kiedyś o tym kto tak naprawdę myśli o Tobie kładąc się spać? W ilu głowach pojawiasz się wieczorem, gdy głowy te są już przytulone do poduszki? A może... nikt?
Boisz się odrzucenia i samotności. Nie zaprzeczaj. I tak Ci się nie uda. Każdy z nas podświadomie pragnie mieć kogoś komu będzie mógł powiedzieć spokojnie "dzień dobry" budząc się każdego poranka i "dobranoc" gasząc lampkę w pokoju pełnym niespokojnych wibracji powietrza zaburzanego oddechem drugiej osoby.
Byłaś.
Nierealnym marzeniem na mapie serca narysowanej pospiesznie przy niedokończonym śniadaniu. Pojawiłaś się nagle i równie niespodziewanie zdałem sobie sprawę, że stanowisz centrum tego planu. Wszystko już kiedyś zostało powiedziane. Kształty całych zdań powtarzane od stuleci tkwią w naszych ustach, a ich brzmienie uderzało już miliony istnień przed nami. Więc czemu znów na nowo odkrywamy ich sens i znaczenie? Czyżby to jakaś kolejna część boskich zamiarów?
Stawiamy sobie zbyt wiele pytań, a w zamian otrzymujemy tak mało odpowiedzi.
Będziesz.
Czy jednak w takiej formie w jakiej widujemy się w snach? Razem ze mną, gdzieś nad morzem obserwując purpurowy zachód słońca?
Nie mówmy już nic. Pozwólmy się ponieść wiatrowi, który uniesie nas... dokąd?
Nie pytaj mnie. Nie odpowiem. Zbyt wiele 'nie'.
Oprócz tego jednego. Które pozwala mieć nadzieję. Na jeszcze jeden zachód słońca.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)